Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Według Centrum Obony Praw Człowieka „Wiosna” w minioną niedzielę zatrzymano co najmniej 1055 osób. Tyle nazwisk udało się ustalić obrońcom praw człowieka. 

MSW wyjątkowo nie podało informacji tego dnia, chociaż zazwyczaj to robiło. Praktyka pokazuje, że rzeczywista liczba zatrzymanych jest większa o 30-40 proc. niż dane zdobyte przez obrońców praw człowieka. 

Teraz wszyscy ci ludzie muszą stanąć przed sądem.

Milicja zatrzymuje demonstrantów podczas antyrządowego protestu w Mińsku, 8 listopada 2020 r.Milicja zatrzymuje demonstrantów podczas antyrządowego protestu w Mińsku, 8 listopada 2020 r. Fot. AP

Zgodnie z białoruskim ustawodawstwem udział w nielegalnym zgromadzeniu jest karany grzywną bądź 15 dniami aresztu. W poniedziałek sądy zdążyły rozpatrzeć niewiele ponad 200 spraw i w większości  wymierzały kary grzywien. Natomiast we wtorek więcej osób skazano na areszt. 

 - W aresztach panują dziś straszne warunki. W celi, w której może przebywać sześć osób, przetrzymuje się ponad 20. Ludzie śpią na podłodze, jeden przy drugim - powiedział Wyborczej Walancin Stefanowicz z Wiosny. 

Wróciły tortury i bicie 

Duża - choć nadal trudna do określenia - liczba demonstrantów została pobita w trakcie przewożenia do aresztów i w komisariatach. 

Obrońcy praw człowieka alarmują, że resorty siłowe powracają do praktyk stosowanych w ciągu pierwszych dni po sfałszowaniu wyniku wyborów prezydenckich, kiedy to celowo znęcano się nad zatrzymanymi, a do szpitali trafiali ludzie z połamanymi kończynami czy wstrząsem mózgu.  

- Bili w trakcie zatrzymania. Po nogach, po głowie. Wtedy najprawdopodobniej złamano mi nogę. Ale jeszcze próbowałem iść. Kobiety - widząc, że utykam - krzyczały, by puszczono mnie wolno; ale wtedy milicjanci zaczęli mnie dusić - opowiada w wywiadzie dla radia Swaboda Jahor Fatygau, jeden z zatrzymanych w trakcie rozpędzania protestu w Mińsku. 

Milicja zatrzymuje demonstrantów podczas antyrządowego protestu w Mińsku, 8 listopada 2020 r.Milicja zatrzymuje demonstrantów podczas antyrządowego protestu w Mińsku, 8 listopada 2020 r. Fot. AP

Brutalizacja odstrasza demonstrantów

- Brutalne działania służb oczywiście odstraszają ludzi. Widzimy, że na demonstracje w stolicy już nie wychodzą setki tysięcy osób, a na prowincji ruch oporu zamiera - mówi Walancin Stefanowicz. 

Naczelny czasopisma "Arche", politolog Waler Bułhakau tłumaczy mniejszą dziś antyrządową aktywność Białorusinów zawiedzionymi nadziejami, które w uczestnikach protestów rozpaliły zapowiedzi organizacji ogólnokrajowego strajku ogłoszone  przez przywódczynię opozycji, przebywającą na emigracji Swiatłanę Cichanouską. Mimo podjętych na szeroką skalę prób wśród robotników ostatecznie nie udało się zatrzymać działalności żadnego dużego przedsiębiorstwa. 

- Zawiedzione nadzieje sprawiły, że w niedzielę 1 listopada na ulice stolicy wyszło mniej ludzi niż zazwyczaj. Reżim Aleksandra Łukaszenki uznał, że to dobry moment do rozpoczęcia ataku - i od tego momentu mamy powrót brutalizacji. Władza uznała, że zdoła zakończyć protest siłą - mówi Bułhakau. 

Milicjanci blokują ulicę podczas antyrządowego protestu w Mińsku, 8 listopada 2020 r.Milicjanci blokują ulicę podczas antyrządowego protestu w Mińsku, 8 listopada 2020 r. Fot. AP

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.