Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W reżimowej telewizji pokazano ich na razie tylko kilku. Sami młodzi, wysportowani mężczyźni z zakrytymi twarzami i czerwonymi opaskami na rękach. 

Tydzień temu MSW dumnie ogłosiło, że rozpoczęła się aktywizacja tzw. ludowych drużyn, które będą wspierać milicję. W czwartek Aleksander Łukaszenka oznajmił, że chce im rozdać broń. - Zobaczcie, ile jest apeli od byłych żołnierzy, od weteranów wojny w Afganistanie. Ile mężczyzn, a kobiet jeszcze więcej (...) Dlaczego by ich nie zaangażować, nie uzbroić tych oddziałów złożonych z byłych żołnierzy? Mogą nam istotnie pomóc - oświadczył. 

Od tygodnia temat ludowych drużyn stale pojawia się w reżimowych mediach.

Białoruscy siłowicy w akcji, Mińsk, 25 października 2020 r. Białoruscy siłowicy w akcji, Mińsk, 25 października 2020 r.  Fot. AP

- Czas zaprowadzać porządek. Siłowicy – oni oczywiście zuchy, ale za nas nikt naszych rejonów z protestujących oszołomów nie oczyści - apelował portal Biełaruś Siegodnia, wydawcą którego jest administracja prezydenta. I wprost nawoływał ludzi, by własnymi siłami rozpędzali lokalne akcje protestu.  

Telewizja CTV porównała proces tworzenia ludowych drużyn do powołania po rewolucji 1905 roku Związku Rosyjskiego Narodu - monarchistycznej organizacji, która przeszła do historii jako czarna sotnia. Białoruska czarna sotnia ma być radykalną odpowiedzią na aktywność protestujących. 

- Teraz, łajdacy, wychodząc na ulice miast i mając ze sobą noże czy koktajle Mołotowa, pilnujcie swoich nosów! – grzmiała CTV. 

Kremlowi to się nie podoba 

Inicjatywa z ludowymi drużynami nie jest niczym nowym. Próba rozegrania tego tematu miała już miejsce na początku września. Wtedy na ulicach Mińska i większych miast obok siłowików pojawiła się spora grupa mężczyzn w cywilu uzbrojonych w pałki, którzy brutalnie atakowali uczestników protestów. 

Związane z resortami siłowymi portale tłumaczyły, że to ludowe drużyny. Miała to być oddolna inicjatywa zwolenników Łukaszenki oburzonych protestami. 

Jednak sceny niekontrolowanej przemocy nie spodobały się Kremlowi. 

- To są chuligańskie wybryki. Wiemy z oświadczeń naszych partnerów, że sprawdzają tę informację i analizują nagrania. Mamy nadzieję, że białoruskie organy ochrony porządku wykonają swoją pracę - powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, komentując rozpowszechniane - także przez rosyjskie media - nagrania pokazujące bicie demonstrantów przez osoby w cywilnych ubraniach. 

Wtedy MSW Białorusi szybko przyznało, że pałujący uczestników protestu cywile w rzeczy samej są przebranymi w "zwykłe" ubrania funkcjonariuszami MSW. I realizują w ten sposób postawione przed nimi zadania. 

Wydawało się, że na tym ta historia się skończy. Jednak po upływie półtora miesiąca do tematu znowu powrócono. 

Iluzja ludowego poparcia 

Dlaczego Aleksander Łukaszenka postanowił znowu sięgnąć po ten instrument?  

Otóż potrzebuje on świadectw ludowego, oddolnego poparcia. I właśnie z tym, od momentu wybuchu protestów, ma poważny problem. 

Według ogłoszonych przez Centralną Komisję Wyborczą wyników wyborów prezydenckich zdobył w nich ponad 80 proc. głosów. Jednak nawet zwołanie wiecu poparcia dlań było nie lada wyzwaniem, włączały się w to wszystkie struktury państwowe. Do Mińska czy do Grodna jego zwolenników musiano zwozić autokarami zewsząd, bo lokalni mieszkańcy wcale chcieli brać udziału w podobnych manifestacjach. 

Tak naprawdę polityczny kryzys pokazał, że poza urzędnikami i resortami siłowymi Łukaszenka nie ma dziś w kraju na kogo liczyć. Nawet organizując reżimowy marsz emerytów, władze musiały zwozić ich autokarami z całego kraju, ale i tak mogły sięgnąć tylko po emerytowanych żołnierzy, milicjantów, KGB-istów, pracowników straży więziennej i celników. 

Tym niemniej rezygnować z wizerunku ludowego prezydenta Aleksander Łukaszenka nie chce za żadne skarby. Pamięta, że przez ostatnie dziesięciolecie, tracąc resztki poparcia, stosując niewybredne sztuczki propagandowe, udawało mu się przekonywać część opinii publicznej w kraju, ale też na Zachodzie, że nadal jest niezwykle popularny.

Teraz, tworząc iluzje oddolnego ludowego poparcia, rozpaczliwie próbuje powtórzyć ten wyczyn, a także dodać pewności trwającym przy nim siłowikom i urzędnikom.  

Sadystyczne skłonności i przemoc

Innym ważnym elementem strategii reżimu jest świadome prowokowanie przemocy.

I chodzi tu nie tylko o niezwykle ostry czy wprost nawołujący do rozprawienia się z protestującymi język propagandy. Teraz Łukaszenka idzie o krok dalej.

Marsz wspierających go wojskowych emerytów startował o tej samej porze i w tym samym miejscu, gdzie tradycyjnie zbiera się opozycyjna wobec Łukaszenki grupa starszych ludzi. Decyzja o wybraniu miejsca i czasu oczywiście nie była przypadkowa. Doprowadzając do konfrontacji dwóch akcji o przeciwstawnym zabarwieniu politycznym, władze świadomie grają na rozpalenie emocji.

Na razie jednak doszło tylko do utarczek słownych. Jedną z nich zarejestrowały media: - Gdybyś trafiła w moje ręce, to wiesz, co bym z tobą zrobił?! – krzyczał do emerytki z opozycyjnego marszu siwowłosy emeryt MSW. 

Skończyło się na pogróżkach. Jednak nie można wykluczyć, że już niebawem każdy dziarski zwolennik Łukaszenki będzie miał okazję do zademonstrowania sadystycznych skłonności. Przykład rosyjskiej czarnej sotni, która zasłynęła pogromami i wybuchami niekontrolowanej przemocy, tego właśnie dowodzi. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.