Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruskie władze za wszelką cenę starają się zniechęcić ludzi do protestów i kontynuowania strajków. Biorący udział w demonstracjach studenci są usuwani z uczelni, nauczyciele i wykładowcy zwalniani, a strajkującymi od poniedziałku przedsiębiorstwami żywo interesują się władze. Białorusini nie dali się jednak zastraszyć i wciąż wychodzą na ulice protestować przeciw sfałszowaniu 9 sierpnia wyborów prezydenckich.

Aleksander Łukaszenka przedstawił więc nową wersję historii, zgodnie z którą w sytuację na Białorusi ingerował prezydent Polski Andrzej Duda, by odwrócić uwagę od "sfałszowanych wyborów w Polsce".

- Chcieli urządzić u nas rewolucję. Nawet nie rewolucję, tylko powstanie, a samym im się dostało. Tam sytuacja nie jest łatwa i tak po prostu się nie rozwiąże. Tam w buncie biorą udział nie odrzutki, ale kobiety, i wiadomo, dlaczego się buntują (…). Kobiety buntują się i protestują nie tylko z powodu aborcji. To była ostatnia kropla, która przelała czarę. Duda zwyciężył w sfałszowanych wyborach. Nie miał nawet o 1 proc. więcej od przeciwnika. Sfałszował. I stąd się to wszystko zaczęło. A Polacy nie są głupi i dlatego te protesty wybuchły - oświadczył w czwartek Łukaszenka.

- Od dawna powtarzałem polskim władzom: nie wtrącajcie się, nie leźcie do cudzego warzywniaka, zróbcie porządek w swoim. Ale nie, poszli do nas - dodał Białorusin.

Można strzelać, jeśli nic innego nie pomoże

To niejedyny ruch wykonany w czwartek przez Aleksandra Łukaszenkę. Rządowa telewizja Biełarus 1 poinformowała o powołaniu przez prezydenta trzech nowych pomocników, którzy będą z nim ściśle współpracować w kwestiach bezpieczeństwa wewnętrznego. To sekretarz Rady Bezpieczeństwa, były szef białoruskiego KGB Walery Wakulczyk, zastępca szefa MSW Aleksander Barsukow, oskarżany latem przez byłych więźniów aresztu Okrestino o znęcanie się nad nimi, oraz były już minister spraw wewnętrznych Jurij Karajew. Nowym szefem MSW został natomiast generał milicji Iwan Kubrakow.

- Mówię to publicznie: wprowadzone przeze mnie zmiany kadrowe, m.in. powołanie trójki pomocników, związane są z potrzebą zaprowadzenia porządku w bardzo ważnych rejonach naszego kraju. W związku z tymi wydarzeniami, które się wydarzyły i które jeszcze się dzieją. Nawet nie wiemy, w co to może się przerodzić. Dlaczego wy? Bo jesteście ludźmi wojska, świadomymi, nie trzeba was wprowadzać i uczyć - relacjonuje słowa Łukaszenki z ceremonii mianowania pomocników sekretarz prasowy prezydenta Białorusi.

Dzień przed niespodziewanym awansem były minister spraw wewnętrznych Jurij Karajew udzielił wywiadu, w którym stwierdził, że wykorzystanie przeciwko protestującym broni i ostrej amunicji nie jest „niczym strasznym” i że to jedyne wyjście w sytuacji, kiedy „pozostałe metody się nie sprawdzają”.

Studenci na ulice albo do wojska

Władze nie ustają w różnych formach represji. W środę na prowadzonym w komunikatorze Telegram kanale Białoruskiego Państwowego Uniwersytetu Informatyki i Radioelektroniki pojawiła się informacja o planowanym usunięciu z listy studentów 65 osób, które brały udział w protestach. Podobne informacje do redakcji Mediazony zaczęły napływać od studentów innych państwowych uczelni, m.in.: Białoruskiej Państwowej Akademii Sztuki, Uniwersytetu Technicznego w Brześciu, Uniwersytetu im. Janki Kupały w Grodnie, Państwowego Uniwersytetu Medycznego czy Białoruskiego Uniwersytetu Kultury i Sztuki. Z każdej z wymienionych uczelni usunięto od kilku do kilkudziesięciu studentów. Osiągane wyniki w nauce nie miały znaczenia – z list skreślano wszystkich tych, którzy aktywnie brali udział w strajkach oraz protestach.

W otrzymywanych z uczelni decyzjach rektorów o wydaleniu władze jako powód podawały „naruszenie procesu edukacyjnego”, „naruszenie przepisów wewnętrznych”, „opuszczanie zajęć bez ważnego powodu”.

Masowe wydalenia studentów z uczelni to skutek wtorkowej wypowiedzi Aleksandra Łukaszenki, który tak skomentował studenckie strajki: „Człowiek biorący udział w protestach pozbawia się prawa do bycia studentem. Wyślijcie ich albo do wojska, albo na ulice”.

Rozkaz prezydenta władze wypełniły co do joty: pierwsi usunięci z uczelni studenci dzielą się w sieciach społecznościowych informacjami o otrzymywaniu wezwań do wojska.

Jeden z nich, Wadim Wołkowicz, opowiada: "Nie brałem udziału w dużych antyrządowych marszach, protestowałem tylko na uczelni, razem z kolegami z roku. Miałem dobre stopnie i plany na przyszłość. Wykładowcy są w szoku. Kiedy się dowiedzieli, pisali do mnie, mówili, że mogę i tak przychodzić na zajęcia, tylko że jako wolny słuchacz. Tuż po otrzymaniu decyzji o skreśleniu z listy studentów dostałem jednak wezwanie do wojska. Mam się stawić na komisji do 2 listopada”. 

Mandaty dla przedsiębiorców

W obronie studentów wystąpiła część wykładowców z apelem, by władze uczelni przemyślały swoje decyzje. Zazwyczaj bezskutecznie, choć Jelena Bochan, prorektorka Akademii Sztuki, odmówiła podpisania decyzji o usunięciu z uczelni protestujących studentów. Z powodu decyzji władz uczelni z pracy zwolniła się dziekan fakultetu informatyki Białoruskiego Uniwersytetu Informatyki i Radioelektroniki, a prorektor tej samej uczelni Walery Prytkow wziął urlop naukowy.

Uczelnie zwolniły część wykładowców, m.in. docentkę Natalię Dulinę z Mińskiego Uniwersytetu Lingwistycznego nagłaśniającą temat strajku.

Problemy z powodu manifestowania opozycyjnych poglądów politycznych mają też przedsiębiorcy, którzy w poniedziałek w ramach ogłoszonego przez Swiatłanę Cichanouską strajku generalnego nie pracowali. Urzędnicy wzywają takich przedsiębiorców do złożenia wyjaśnień, strasząc ich przy tym konsekwencjami prawnymi, inspekcjami sanitarnymi oraz podatkowymi. Niektórzy z nich już zostali ukarani mandatami za naruszenie przepisów określonych w ustawie o „państwowej regulacji handlu”.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.