Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kiedy Swiatłana Cichanouska niespodziewanie ogłosiła ultimatum dla Aleksandra Łukaszenki, domagając się jego ustąpienia do 25 października i w wypadku odmowy grożąc ogólnonarodowym strajkiem, większość ekspertów uznała to za desperacki, ryzykowny gest. Fala protestów wyraźnie opadała. Jeżeli w szczytowym momencie protestów nie udało się zorganizować strajków, to dlaczego miało to się udać teraz?

Jednak wydarzenia z niedzieli i poniedziałku pokazały, że na apel Cichanouskiej Białorusini znowu masowo wyszli na ulice. W Mińsku grubo ponad 100 tysięcy protestujących, w mniejszych miastach - tysiące, w miasteczkach - setki i dziesiątki. Protest uliczny wyraźnie złapał drugi oddech.

Związki zawodowe nakręcają strajki

Trudno jest ocenić skalę strajków. Informacje, które napływają z przedsiębiorstw, wzajemnie się wykluczają. Nie ma zaś możliwości, by sprawdzić rzeczywisty stan rzeczy na miejscu. Skazani jesteśmy więc na informacje uczestników ruchu strajkowego i administracji przedsiębiorstw.

Z analizy tych źródeł widać, że największe protesty odbywają się w przedsiębiorstwach, gdzie działają niezależne związki zawodowe jak na przykład „Grodno-Azot”. Jest to przedsiębiorstwo przemysłu chemicznego i natychmiastowe zatrzymanie jego pracy nie jest możliwe. Jednak wiele źródeł potwierdza, że w części zakładów rozpoczęło się wyhamowywanie produkcji i setki robotników nie przystąpiły do pracy.

Przynajmniej próby rozpoczęcia strajków miały miejsce jeszcze w co najmniej siedmiu dużych państwowych zakładach pracy. Masowo dołączały do protestu prywatne kawiarnie, małe zakłady, pizzerie... Strajk poparli również studenci niemal wszystkich mińskich i części regionalnych uniwersytetów.

Reżimowa propaganda otwarcie lekceważyła ultimatum Cichanouskiej i jej polityczną siłę na Białorusi. Okazało się, że na jej apel na Białorusi ponownie rozpoczął się ruch strajkowy.

Moskwa okazuje zniecierpliwienie

Dla Aleksandra Łukaszenki to przykra niespodzianka. Zapowiadał przecież, że w niedzielę Mińsk zostanie oczyszczony od protestujących. Jednak kolejny raz okazało się, że nie jest w stanie tego zrobić. Białorusini wciąż protestują i główne ich żądanie to ciągle dymisja znienawidzonego władcy.

Oznaki niezadowolenia okazuje również jedyny sojusznik Łukaszenki – Rosja. Kreml coraz głośniej domaga się reform politycznych na Białorusi i reformy konstytucji. Władimir Putin uważa, że Łukaszenka banalnie powinien podzielić się władzą ze swoim otoczeniem i sprzedać to Białorusinom jako wielkie ustępstwo. Łukaszenka dzielić się władzą z nikim nie chce, ale zewnętrzna i wewnętrzna presja sprawiają, że czuje się osaczony.

Cichanouska wykorzystała moment chaosu

Łukaszenka wciąż nie chce ustąpić, stawia więc na zmęczenie się protestującej ulicy. Jednak czas wcale nie musi pracować na jego korzyść. Narastają problemy gospodarcze i niepewna sytuacja polityczna z każdym dniem tylko je potęguje. Żadnego poważnego wsparcia gospodarczego Łukaszenka nie dostał, rosyjski kredyt w całości poszedł na spłatę części zadłużenia wobec Moskwy.

W tych warunkach Łukaszenka staje się coraz bardziej nerwowy i niepewny. Zwołuje, a potem odwołuje wiece poparcia, idzie do więzienia KGB i rozmawia z politycznymi więźniami, a później znowu szczuje OMON na protestujących...

I w tym chaosie po raz pierwszy inicjatywę przejęła Swiatłana Cichanouska. Ogłaszając ultimatum, po raz pierwszy stanęła na czele protestu. Okazało się, że ten jej krok dodatkowo zmotywował ludzi do działań. Jednak teraz to właśnie od niej wyczekują recepty na zwycięstwo setki tysięcy uczestników białoruskich protestów i miliony ich zwolenników. Od tego, jak sprawnie będzie kierowała ludźmi, zależy nie tylko jej przyszłość polityczna, ale zależy także los Białorusi.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.