Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiktoria Bieliaszyn: Jutro upływa termin ultimatum, które Swiatłana Cichanouska postawiła Aleksandrowi Łukaszence. Czego możemy się spodziewać?

Franciszak Wiaczorka, doradca Swiatłany Cichanouskiej ds. międzynarodowych, dziennikarz Radia Swoboda i Biełsatu: Białorusini znów wyjdą na ulice, odbędzie się marsz, jak w każdą niedzielę od 9 sierpnia. Prawdopodobnie znów dojdzie do zatrzymań. O tym, czy będą masowe i brutalne, dowiemy się jutro.

Już teraz wiemy jednak, że władze dokładają wszelkich starań, by tej demonstracji zapobiec, kontynuują zastraszanie obywateli. Mimo to ludzie wyjdą. Trudno mi prognozować dzisiaj, bo sytuacja jest niezwykle dynamiczna i jej rozwój zależy od wielu czynników, ale wiem na pewno, że po zakończeniu protestu zostanie ogłoszony strajk. Tym razem większy. Nie będzie dotyczyć już tylko robotników, bo jest ich zbyt mało, aby tylko ich siłami coś zmienić. Strajkować będą wszyscy: studenci, nauczyciele, lekarze, prywatny biznes. Planowana jest ogólnonarodowa akcja nieposłuszeństwa.

Nie ma więc pan żadnych nadziei, że to ultimatum może skłonić Łukaszenkę do ustąpienia.

Na pewno nie. Łukaszenka nie pójdzie na żadne ustępstwa. Dla niego nawet niewielki krok, taki jak wypuszczenie więźniów politycznych, świadczyłby o jego słabości. A on nie chce być słaby. Boi się tę słabość pokazać. Aleksander Łukaszenka dołoży wszelkich starań, by utrzymać się u władzy.

Co ma więc symbolizować to ultimatum?

Czerwoną linię. To swego rodzaju granica dla jego najbliższych współpracowników, dla jego otoczenia, a także dla ludzi, którzy pracują na rzecz reżimu. Niedziela jest ostatnim dniem, kiedy Białorusini mogą dokonać wyboru po której stronie się opowiadają i po czyjej stronie staną, kiedy dojdzie do dialogu.

Liczy pan, że Łukaszenka w tym dialogu pozostanie sam?

Spodziewam się, że w ogóle nie będzie w nim uczestniczyć. Okrągły Stół również odbył się bez Jaruzelskiego. Myślę, że podczas białoruskich negocjacji nie będzie już miejsca dla Łukaszenki. Będą się toczyć między demokratyczną opozycją a tymi, którzy są częścią łukaszenkowskiego systemu.

Łukaszenka tak naprawdę nie ma poparcia ani możliwości, by utrzymać władzę dłużej niż przez kilka kolejnych miesięcy. Mówiąc dzisiaj: "Łukaszenka", myślimy o systemie, ale nie o nim jako osobie.

Co jakiś czas słyszymy świadectwa, z których wynika, że system się kruszy. Odchodzą dyplomaci, siłowicy przechodzą na służbę narodu. O jakiej skali mówimy?

System się kruszy, ale wolniej, niż przypuszczaliśmy. Ludzie odchodzą albo chcą odejść, ale często nie wiedzą za bardzo dokąd.

Ci, którzy pracują na reżim, są technokratami. Pracują w ten sposób przez całe życie. Wśród nich może nawet nie brakować tych, którzy popierają opozycję, ale po tylu latach takiej, a nie innej pracy nie wiedzą, co mieliby zrobić ze sobą po odejściu. Nie wiedzą, jak mogliby się przeciwstawić. Zwykli urzędnicy nie mają władzy ani wpływów. Wszystkie decyzje podejmowane są w administracji prezydenta.

Ci, którzy się buntują, są karani.

I to też wpływa na pracę systemu. Zwalniani ze szkół nauczyciele, którzy popierają protest, usuwani z reprezentacji sportowcy... Przykładów jest wiele. Dzisiaj na Białorusi sprawnie działają jedynie blok siłowy, KGB i administracja prezydenta. Pozostałe struktury państwa są sparaliżowane. Władza jest skupiona teraz jedynie na tym, by stłumić protesty, a to odbija się na funkcjonowaniu całego organizmu państwa.

Protesty trwają od ponad dwóch miesięcy. Jak przez ten czas zmieniła się siła protestu?

Na początku ludzie wychodzili głównie na ulice. Teraz zaczynają też działać w inny sposób, tzn. zabierają pieniądze z banków, nie kupują białoruskich towarów. Starają się tym samym, choćby na niewielką skalę, uderzyć w gospodarkę. Zapowiadają też udział w strajkach.

Czyli nadal protestują pokojowo.

To najważniejsze. Nie chcemy ofiar. Nie możemy pozwolić sobie na jakąkolwiek przemoc ze strony obywateli. Jeśli ludzie zaczną atakować, Łukaszenka będzie miał wolną rękę, będzie mógł wydać rozkaz, by stłumić protest już za pomocą ostrej, a nie gumowej amunicji. Przeleje się krew. Tego nie chcemy.

Lepiej, żeby protest trwał długo, ale nie pociągnął za sobą większej liczby ofiar niż dotychczas – bo pamiętajmy o pięciu zabitych i tysiącach rannych, którzy już ucierpieli. Naszym celem jest obalenie Łukaszenki w sposób pokojowy.

Aleksander Łukaszenka zapowiada „czystki”, z jego słów wynika, że jutro „w Mińsku ma być porządek”.

Łukaszenki nie warto słuchać. Ten człowiek kłamie i blefuje. On tak naprawdę nie rozumie tego, co się dzieje. Dla jego ludzi rozkazy Łukaszenki też nie są jasne, każdy z nich odbiera je po swojemu. Dlatego nawet pacyfikacje przeprowadzane są w sposób chaotyczny.

Coraz więcej Białorusinów wyjeżdża na skutek represji lub w obawie przed nimi.

To jest największy problem: ludzie, którzy wcześniej wychodzili na protesty, zostali zmuszeni do wyjazdów. Widzimy zresztą to na ulicach, akcje są dzisiaj mniej liczne. Z drugiej strony dołączają coraz to nowe grupy: osoby z niepełnosprawnością, emeryci, studenci, urzędnicy z mińskich samorządów. Emigracja pokazuje też, że łukaszenkowski system od radzieckiego różni się jedynie tym, że wtedy nie wolno było wyjeżdżać.

Ta emigracja jest władzy na rękę?

Bez wątpienia. Łukaszenka chciałby, żeby ci nieposłuszni wyjechali i zostawili mu Białoruś, którą on będzie mógł wtedy przekształcić na wzór Korei Północnej.

Jak przez te tygodnie zmieniło się białoruskie społeczeństwo?

Mam wrażenie, że mamy do czynienia z zupełnie nowym narodem. Dumnym, zorganizowanym, odpowiedzialnym, solidarnym, walczącym o swoją podmiotowość. Odradza się język białoruski, odradzają symbole historyczne. Ludzie są dzisiaj ze swojej białoruskości dumni, walczą o wolność ponad podziałami. Seniorzy idą ramię w ramię z młodzieżą, katolicy z prawosławnymi.

Widzimy, że to, co różnym narodom zajęło wieki, czyli sformowanie swojej narodowości, Białorusinom zajęło kilka miesięcy. Jeszcze kilka lat temu naszymi ulicami spacerowali homo sovieticus, dzisiaj to zupełnie inni ludzie, z innymi, demokratycznymi wartościami.

Wpływa na to reakcja świata na to, co dzieje się na Białorusi?

Międzynarodowe wsparcie jest Białorusinom dzisiaj niezbędne. Dodaje im siły. Wszystkie gesty, spotkania Cichanouskiej traktowanej na arenie politycznej jako liderka Białorusi wzmacniają białoruski duch walki. Bardzo ważne jest, by państwa zachodnie nie zaprzestały tych działań, by nie powróciły do pragmatycznej polityki, jaką prowadziły przez lata względem Białorusi.

Co z Rosją? Białoruska opozycja podkreślała, że jest otwarta na dialog z Rosją. Czy to się zmieniło, kiedy Rosja również – wzorem Białorusi – wystosowała za Swiatłaną Cichanouską list gończy?

Nie, białoruskie protesty w dalszym ciągu mają charakter czysto antyłukaszenkowski. Rosja nie chce tego zrozumieć. Na ulice naszych miast wychodzą ludzie i prozachodni, i prorosyjscy. Kreml, popierając Łukaszenkę, sam strzela sobie w stopę. My cały czas mamy nadzieję na nawiązanie dialogu z Rosją i na to, że będzie ona nas wspierać, tak jak to robią kraje europejskie.

Dzisiaj całe prezydium Rady Koordynacyjnej, z wyjątkiem aresztowanej Marii Kalesnikawej, przebywa za granicą. Ludzie nie mają tego za złe swoim liderom?

Nie, Białorusini rozumieją, że to było jedyne wyjście. Wiedzą, że członkowie prezydium nie wyjechali z własnej woli. To był jedyny sposób, by pozostali na wolności. Najważniejsze jest jednak, by wszyscy pamiętali, że rewolucja dzieje się na Białorusi i to tam potrzebne są pomoc, siły i środki. Myśleć trzeba o tych, którzy zostali w kraju. I to im pomagać. To musi być cel członków prezydium.

Wspomniał pan, że Łukaszenka nie wytrzyma dłużej niż pół roku. Co musi się stać, by taki scenariusz się ziścił?

Albo zrozumie sam, że jego czas się skończył, albo odsunie go jego najbliższe otoczenie, czy też międzynarodowa wspólnota. Albo Rosja. Myślę, że dla wszystkich oczywiste jest, że Łukaszenka musi odejść. To, co podlega rozważaniom, to sposób, w jaki to zrobi, czy otrzyma gwarancje lub jakiekolwiek honorowe funkcje, jak będzie wyglądać tranzyt władzy.

Białoruś po Łukaszence?

Na początku neutralna. Na pewno nie europejska, na pewno nie rosyjska ani antyrosyjska. Pierwsze lata będą spokojne, neutralne, polegające na tworzeniu dobrych relacji ze wszystkimi sąsiadami. A później zobaczymy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.