Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

O tym, że druga fala koronawirusa dotknęła też Białoruś, poinformowali oficjalnie medycy. W tym tygodniu potwierdziły to władze oraz kierownik Białoruskiej Służby Zdrowia, podkreślając, że liczba zachorowań „rozkłada się równomiernie”.

Mimo że jeszcze na początku października Aleksander Łukaszenka grzmiał, iż protesty antyrządowe doprowadzą do gwałtownego wzrostu zachorowań i licznych śmierci, a pełniący obowiązki ministra zdrowia Dmitrij Piniewicz ostrzegał przed „trudną koronawirusową sytuacją”, oficjalne statystyki zupełnie tego nie potwierdzają; budzą jednak wiele wątpliwości. W kraju, w którym formalnie nie obowiązują żadne obostrzenia i na ulicach którego regularnie odbywają się masowe akcje protestu, w ciągu doby zarejestrowano „aż” 733 nowe przypadki zakażenia, a każdego dnia umiera kilkoro chorych.

Ministerstwo wydaje zalecenia

W poniedziałek białoruski resort zdrowia opublikował serię zaleceń, do których powinni stosować się obywatele, by uniknąć zakażenia. Wśród nich znalazła się m.in. rada, by przejść na zdalny tryb pracy, nie brać udziału w spotkaniach i wydarzeniach, których liczba uczestników przekracza pięć osób, korzystać z naczyń i sztućców jednorazowego użytku w kawiarniach i stołówkach, nosić maseczki i utrzymywać dystans społeczny. Właściciele firm i przedsiębiorstw, którzy – jak zaznacza resort – mogą sobie na to pozwolić, powinni zakupić również maseczki, rękawiczki oraz środki do dezynfekcji dla każdego pracownika. 

Zgodnie z najnowszym rozporządzeniem do szpitali z powodu koronawirusa trafiać będą przede wszystkim pacjenci w stanie ciężkim, z niewydolnością oddechową lub z towarzyszącym zakażeniu zapaleniem płuc. Ma to uniemożliwić nadmierne obłożenie szpitali oraz przeciążenie medyków. Pozostałe osoby zakażone wirusem mają pozostawać pod nadzorem medycznym w domach.

Podczas spotkania ze studentami medycyny Dmitrij Piniewicz tłumaczył: „Sytuacja będzie trudna, ale wypracowane wiosną metody leczenia pozwolą nam ją przejść. Paraliż kraju z powodu drugiej fali koronawirusa byłby poważnym błędem”.

W odróżnieniu od tego, co działo się wiosną, z tą narracją zdają się zgadzać także Białorusini. Koronawirus i brak odpowiedniej reakcji władzy oraz skutecznej walki z pandemią, które jeszcze niedawno były jedną z przyczyn masowego wyjścia społeczeństwa na ulice, dzisiaj zeszły na drugi plan.

Białorusini nie boją się już wirusa

Hanna, mieszkanka Mińska, opowiada: „Wiosną rzeczywiście było tak, że na cały wagon metra może dwie osoby nie miały maseczki. Dzisiaj jest dokładnie odwrotnie. Nieliczni je noszą, nie ma mowy o trzymaniu dystansu, ludzie nie zwracają już nawet specjalnie uwagi na medyków, którzy pojawiają się od czasu do czasu przed domami w specjalnych, szczelnych kostiumach. Wszyscy mamy inne problemy na głowie. W czasie kiedy strach wywołuje głównie władza, trudno bać się wirusa, do którego przywykliśmy”.

Jej słowa potwierdza Michaił (imię zmienione), lekarz mińskiej przychodni, który z irytacją komentuje: „Ludzie zachowują się nieodpowiedzialnie. Codziennie kieruję kilkudziesięciu pacjentów na test na koronawirusa, ponad połowa ma wyniki pozytywne, ale w dokumentacji tego nie możemy uwzględniać. Liczby są zaniżane. Wiele osób przechodzi chorobę lekko, nie wszyscy pacjenci są więc hospitalizowani. Okazuje się, że to błąd. Milicja zajęta jest innymi sprawami i nie sprawdza, czy osoba chora jest odizolowana w domu. Sam widuję na ulicy moich pacjentów, którzy, chociaż koronapozytywni, chodzą po mieście jakby nigdy nic. Zmierzamy do katastrofy. W niektórych szpitalach już brakuje łóżek, a co będzie później? To dopiero początek”.

Białorusini, którzy wiosną zmobilizowali się i przejęli na siebie w dużej mierze obowiązki władzy, zaopatrując szpitale i lekarzy w niezbędne środki ochrony, dzisiaj nie mają do tego głowy. Twórcy niezależnych organizacji, takich jak choćby #ByCovid19, której podczas pierwszej fali udało się zebrać na pomoc dla lekarzy ponad 360 tys. dol., uprzedzają, że nie będą kontynuować swojej działalności.

Jej założyciel Andriej Tkaczow był jedną z osób bitych i torturowanych ze względu na zaangażowanie oraz udział w pokojowych protestach. „Jeżeli władze mają pieniądze na armatki wodne, siłowików, dyżury OMON-u, broń, to znaczy, że mają także pieniądze na respiratory i maski. W sytuacji, kiedy w kraju trwa fala represji i przemocy, nie możemy znaleźć słów, by zwrócić się do firm i osób fizycznych z prośbą o wsparcie dla państwa” - napisał Tkaczow na swoim profilu w Instagramie.

Państwa nie stać na walkę z epidemią

 - Nie mamy pełnego obrazu obecnego stanu epidemii na Białorusi. Oczywiste jest to, że liczbom podawanym przez władze nie wolno wierzyć, ale na pewno też nie osiągnięto jeszcze szczytu, który obserwować mogliśmy na przełomie kwietnia i maja - tłumaczy mi Andriej Jegorow, analityk Centrum Europejskiej Transformacji.

- Druga fala może być jednak o wiele bardziej dotkliwa niż pierwsza, bo w tym momencie nie możemy już liczyć na wsparcie medyków przez wolontariuszy czy sektor prywatny, które były kluczowe. Państwa natomiast nie stać na zabezpieczenie szpitali i przychodni w takim stopniu, w jakim najprawdopodobniej będzie to potrzebne. Nie stać go również na wprowadzenie kwarantanny czy obostrzeń – białoruska gospodarka tego nie wytrzyma - dodaje. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.