Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Choć minęły już ponad dwa miesiące od wybuchu protestów przeciw sfałszowanym wyborom prezydenckim, Białoruś się nie poddaje. Ale sytuacja jest już inna niż we wrześniu. W części kraju uliczne protesty wyraźnie słabną.

Białoruś jak płonące torfowisko

Pierwsze padły małe miasteczka. Tam nie trzeba było nawet stosować większej przemocy. Wystarczyło powrócić do zwolnień z pracy i gróźb. Inaczej jest z miastami - je władze musiały pacyfikować. W Grodnie od trzech tygodni nie było żadnej - w normalnym znaczeniu tego słowa - demonstracji. 

Nie znaczy to, że nie próbowano ich zorganizować. Jednak kiedy ludzie zaczynali się gromadzić na akcjach protestu, pojawiał się OMON. Siłowicy brutalnie zatrzymywali wszystkich, którzy wpadli im w ręce. Zazwyczaj około kilkudziesięciu uczestników demonstracji lądowało w areszcie, reszta była rozpędzana. Potem po mieście jeździły jeszcze autobusy OMON-u, uważnie wypatrując "podejrzanych" osób i zatrzymując obywateli wedle widzimisię.

W ostatnią niedzielę z tego scenariusza zrezygnowano, ale na demonstracji w Grodnie zebrało się tylko ponad 200 osób. Podobnie protesty wyglądały w Brześciu i Witebsku. Biorąc pod uwagę, że w tych miastach wcześniej w akcjach brało udział od kilku do kilkunastu tysięcy ludzi, trzeba przyznać, że taktyka władz okazała się skuteczna.

Inaczej w Mińsku. W mieście, gdzie przeciwko Łukaszence regularnie co tydzień maszeruje ponad 100 tysięcy ludzi, ta taktyka się nie sprawdziła. Mimo represji w stolicy protesty nadal gromadzą potężne tłumy. Mińsk walczy, chociaż reszta kraju już wydaje się opanowana. I to właśnie przykład stolicy ciągle wyprowadza ludzi na ulice w regionach. Dopóki protest w Mińsku będzie trwał, ludzie w regionach będą się na nim wzorowali i kontynuowali demonstracje, nie zważając na groźbę aresztu.

Jednak jeżeli ktoś, patrząc na zmianę, jaka zaszła w regionach, myśli, że Białorusini pogodzili się z rządami Łukaszenki, że sytuacja wróciła do normy – to się głęboko myli. Sytuację na Białorusi można porównać dziś z gigantycznym pożarem torfowiska. Na powierzchni oznaki pożaru trudno zauważyć: trochę dymu, trochę oparów... obserwatorowi z zewnątrz wydaje się, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Jednak wewnątrz płonie ogień, wypalając i zmieniając jego wewnętrzną strukturę.

By ujrzeć tę niewidoczną na pierwszy rzut oka białoruską rzeczywistość, nie trzeba dziś wcale dużo. Wystarczy jeden drobny gest, jakiś pretekst, a niezadowolenie staje się publiczne. I bywa demonstrowane bez względu na to, że siła ciągle jest po stronie Aleksandra Łukaszenki.

Kto zrobi ciasto dla OMON-u?

To, że władze mogą stłumić uliczne protesty, ale nie są w stanie zmienić nastawienia Białorusinów do reżimu, kolejny raz potwierdziło się w zeszłym tygodniu. W czwartek w Grodnie działaczki prołukaszenkowskiej organizacji Biała Ruś zorganizowały akcję wsparcia dla OMON-u. Kilkanaście kobiet z flagami państwowymi odwiedziło koszary siłowików. Miały ze sobą transparent z hasłem: „Pracujcie, bracia!” i dwa duże ciasta. Poczęstunek dla funkcjonariuszy był robiony na specjalne zamówienie. Na cieście wykonano napisy: „Dziękujemy OMON-owi za pokój i spokój”, "Jesteście naszą twierdzą i honorem, razem jesteśmy siłą”.

"Grodzieński OMON był wzruszony. Pierwszy raz tak duża grupa osób przyszła podziękować funkcjonariuszom i podtrzymać ich na duchu w czasie nielekkiej pracy" - relacjonowała służba prasowa grodzieńskiej milicji.

Okazało się jednak, że z zamówieniem ciasta dla OMON-u nie było łatwo. Zdradziła to jedna z uczestniczek akcji.

"Dzisiaj próbowaliśmy zamówić ciasto z państwowymi symbolami w jednej z grodzieńskich kawiarni. Odmówiono nam. Ignorujemy tę kawiarnię!" - napisała kobieta na jednym z prorządowych czatów, podając adres prywatnej grodzieńskiej kawiarni Lubow Tortowa. Jej wypowiedź szybko rozeszła się po internecie. Jednak apele o bojkot kawiarni przyniosły efekt odwrotny do zamierzonego.

Już kilka godzin po pojawieniu się na popularnych grodzieńskich czatach informacji o tym, że Lubow Tortowa nie chciała zrobić ciasta dla OMON-u, do lokalu ruszyły tłumy. I mimo że wszystkie ciasta szybko wykupiono, ludzie wciąż przychodzili. Zamówień złożono tak dużo, że Lubow Tortowa będzie pracować pełną parą przez najbliższe dni.

Grodzieńszczanie chcieliby oczywiście też wiedzieć, kto w końcu zrobił ciasta dla OMON-u. Jednak nauczeni gorzkim przykładem urzędnicy trzymają to w tajemnicy. Zdają sobie sprawę, że każda marka wspierająca Łukaszenkę i OMON będzie miała dziś trudności na rynku. To, że zwolennicy Łukaszenki, podczas gdy fala protestów w Grodnie opada, wciąż muszą się ukrywać,  dobitnie świadczy o nastrojach społecznych.

Strażacy wiedzą, że ugaszenie pożaru na torfowisku jest niezwykle trudne. W każdej chwili ogień może wybuchnąć w innym najmniej spodziewanym miejscu. Tak samo dziś jest z antyłukaszenkowskimi nastrojami na Białorusi. OMON ze swoimi pałkami tu nic nie pomoże.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.