Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W tym tygodniu szefowie białoruskiego MSW wprost zaczęli mówić o wykorzystywaniu ostrej broni do tłumienia protestów. W poniedziałek wiceszef MSW pułkownik Hienadź Kazakiewicz oświadczył: - Funkcjonariusze MSW i żołnierze wojsk wewnętrznych w razie potrzeby będą wykorzystywali środki specjalne i broń bojową.

Potem głos zabrali inni ludzie z tego resortu. - Nie pozwolimy zniszczyć państwa. My, oczywiście humanitarnie, użyjemy broni z ostrą amunicją - powiedział w czwartek w reżimowej telewizji Białoruś 1 Mikałaj Karpienkou, szef działu ds. walki z przestępczością zorganizowaną i korupcją MSW, odnosząc się do trwających nieprzerwanie na Białorusi protestów. 

- Jesteśmy gotowi, mamy pod dostatkiem środków specjalnych, mamy też broń palną, którą jesteśmy gotowi wykorzystać - mówił w czwartek w wywiadzie dla telewizji ONT gen. Iwan Kurbakou, szef milicji Mińska.

- Jako funkcjonariusze milicji zanim użyjemy ostrej amunicji, wykorzystamy wszystkie inne sposoby. Ale jeżeli trzeba będzie to zrobić, to zrobimy - oświadczył w piątek w wywiadzie dla reżimowej CTV pułkownik Dzmitryj Bałaba, szef mińskiego OMON-u.

Jastrzębie z MSW

Kazakiewicz, Kurbakou, Karpienkou i Bałaba należą do osób najbardziej zaangażowanych w tłumienie protestów. Trzej z nich są już na liście osób objętych sankcjami UE.

Bałaba dowodzi działaniami OMON-u i jest uważany za jeden z symboli milicyjnej przemocy na ulicach Mińska. Kurbakou jest szefem stołecznej milicji i bierze udział w planowaniu i dowodzeniu siłami prewencji w trakcie akcji ulicznych.

Karpienkou po prostu lubi pracować na ulicach w trakcie protestów i osobiście brać pałę do ręki. Jest wiele nagrań, na których widać go na czele formacji bądź dowodzącego nieumundurowanymi funkcjonariuszami z jego działu, którzy atakują protestujących.

Początkowo nieumundurowani podwładni Karpienkoua byli w reżimowych mediach przedstawiani jako „ludowe drużyny” stworzone ze zwolenników Łukaszenki. Jednak kiedy swoje niezadowolenie z eskalowania ulicznej przemocy przez „nieznanych sprawców” wypowiedział Kreml, reżim szybko przyznał, że „ludowe drużyny” to tak naprawdę funkcjonariusze MSW po cywilnemu.

Gołębie z KGB?

W piątek w wywiadzie dla agencji Biełta szef KGB gen. Iwan Tertel oświadczył, że jego resort ma informacje o planowanej prowokacji mającej zdestabilizować sytuację w kraju.

- W wyniku tej akcji planuje się oskarżyć białoruskie resorty siłowe o wszystko, co najgorsze - enigmatycznie oświadczył Tertel.

By uwiarygodnić swoją tezę, Tertel powołał się na zaprzyjaźnione służby specjalne, które miały być jednym ze źródeł tej informacji.

Przypomnijmy, że dwa tygodnie temu o prowokacji wymierzonej w popularnego katolickiego duchownego, której celem miało być jego aresztowanie bądź nawet zabójstwo, mówił szef rosyjskiego wywiadu SWR Siergiej Naryszkin. Według Naryszkina podejmujący te działania mają plan zrzucenia odpowiedzialności na białoruskie resorty siłowe, wywołanie fali oburzenia i destabilizacji Białorusi. Podobnej tezy trzyma się teraz białoruskie KGB.

- Wobec zmniejszającej się aktywności ulicznej i niepodtrzymywania jej przez załogi pracownicze i studentów prowokacje mają na nowo inspirować protesty - powiedział Tertel.

Wypowiedź generała jest pierwszą od momentu objęcia przez niego na początku wrześniu stanowiska szefa KGB. Jego koledzy z MSW czy nawet z białoruskiego wojska są znacznie bardziej medialnie i propagandowo aktywni. Tymczasem KGB od momentu wybuchu protestów wyraźnie stara się trzymać w cieniu. To przynosi swoje efekty. Na liście osób objętych sankcjami unijnymi znalazła się cała czołówka MSW łącznie z ministrem, jego zastępcami, kierownikami poszczególnych terenowych struktur - łącznie 26 osób. Obecny szef KGB nie jest objęty sankcjami, chociaż represje jego służba stosowała już w trakcie kampanii wyborczej. Na unijnej liście jest też tylko pięciu kagiebistów z ścisłego kierownictwa resortu.

Czy milicja ulega prowokacji?

Ostatni tydzień to kolejna fala brutalnej reakcji służb. Milicja i OMON znowu atakują protestujących, biją i znęcają się nad zatrzymanymi, ale tłem tego są teraz przemówienia o rzekomym zagrożeniu dla nich ze strony ekstremistów i kryminalistów ukrytych rzekomo w szeregach uczestników protestu.

MSW poinformowało też o podpaleniach co najmniej dwóch domów funkcjonariuszy i obrzuceniu koktajlami Mołotowa jednego ze stołecznych komisariatów. Część z tych informacji budzi wątpliwości.

Czy potęgując napięcie i tworząc w szeregowych milicjantach przekonanie, że strzelanie do protestujących jest nieuniknione - i tak naprawdę jest jedynym możliwym rozwiązaniem kryzysu - kierownictwo MSW ulega prowokacji? Czy - być może - samo jest prowokatorem? 

A może medialna aktywność KGB ma po prostu tworzyć alibi dla przygotowywanego już krwawego zdławienia protestów? Odpowiedzi na te pytania nie znamy.

Akceptacja dla przemocy rośnie

Protesty, areszty, akcje, zatrzymania, pobicia, strzelanie gumowymi kulami – to już rutynowa codzienność Białorusi. Jednak ta "stabilność" jest tylko złudzeniem. Trwanie protestów staje się coraz większym, już nawet nie wizerunkowym, tylko gospodarczym problemem dla Aleksandra Łukaszenki. 

Gospodarka pada: ludzie zabierają pieniądze z banków, przedsiębiorstwa przynoszą straty, biznes ucieka za granicę, wywożąc swoje aktywa, podtrzymanie kursu rubla drenuje zapasy waluty.

- OMON to są przedstawiciele narodu i muszą działać twardo. Jeżeli staruszka narusza prawo, także wobec niej trzeba działać odpowiednio – oświadczył ostatnio wpływowy deputowany i szef prołukaszenkowskiej organizacji Biała Ruś Hienadź Dawydźka.

Najbardziej zainteresowani siłowym rozwiązaniem wydają się dziś właśnie kierownicy MSW. Bo to oznacza, że generałowie są jedynymi panami sytuacji. Z kolei każdy polityczny kompromis oznacza, że przynajmniej za najdrastyczniejsze wyczyny funkcjonariusze będą musieli odpowiedzieć. Dlatego ucieczka w przemoc może być częścią planu jastrzębi.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.