Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z punktu widzenia funkcjonariusza KGB cały ten internet - a zwłaszcza pozwalający zachować anonimowość komunikator Telegram - rzeczywiście wygląda bardzo podejrzanie. Ludzie z różnych dzielnic i miejscowości spotykają się wirtualnie. Mają przy tym internetowe nicki, czyli pseudonimy pozwalające ukryć ich prawdziwą tożsamość. Telegram jest szyfrowany, co ma uniemożliwiać włamanie się do niego z zewnątrz. Nie można go zablokować, gdyż działa nawet w warunkach częściowego odcięcia internetu.

Na specjalnie utworzonych tematycznych forach ludzie rozmawiają o polityce i protestach, dzielą się wrażeniami i pomysłami na nowe akcje. Często przekazują sobie posty blogera NEXTA czy inne „wrogie głosy” nakręcające protesty i dyskutują o nich.

Dla KGB jest oczywiste, że takie fora to głęboko zakonspirowany spisek mający na celu obalenie władzy Aleksandra Łukaszenki. Zresztą sam wódz, który otwarcie przyznaje, że z internetu nie korzysta, również ma podobny punkt widzenia na internetową rzeczywistość.

- Chociaż kierują nami z zagranicy, to wewnątrz naszego kraju również jest dostateczna liczba aktywnych organizatorów i kontynuatorów polityki tych telegram-kanałów. Oni dowodzą dziesiątkami, setkami i tysiącami ludzi, oni organizują protesty - oświadczył Łukaszenka.

Służby kontra Telegram

Te "spiskowe" dziesiątki, setki i tysiące, o których mówi Łukaszenka, to lokalne czaty w komunikatorze Telegram. Zostały właśnie wzięte na celownik białoruskich służb specjalnych. Ale ponieważ komunikator nie współpracuje z reżimami, które chcą odkryć tożsamość jego użytkowników, służby mają pewien problem. I rozwiązują go tak, jak umieją.

Po zatrzymaniu uczestników antyrządowych manifestacji funkcjonariusze w pierwszej kolejności zajmują się ich komórkami. Obrońcy praw człowieka zgromadzili tysiące relacji ludzi, od których żądano zdjęcia hasła zabezpieczającego dostęp do telefonu. W tym celu nawet torturowano zatrzymanych.

Po odblokowaniu telefonów służby analizowały ich zawartość, szukając dowodów na „udział w spisku”. Sprawdzano, czy dana osoba odwiedzała opozycyjne czaty, jaki tam miała nick, co pisała. Czasem zdobyte w ten sposób telefony służby specjalne wykorzystywały do gier operacyjnych, pisząc na forach w imieniu zatrzymanej osoby. Ludzi wciągano w dyskusje, umawiano się na spotkania i aresztowano nowych użytkowników czatu... Zdobyte w ten sposób informacje są przez KGB i MSW wykorzystywane do ewentualnego wszczęcia postępowań karnych bądź działań operacyjnych wymierzonych w protestujących.

Takie wprost prowokacyjne działania oczywiście są sprzeczne z prawem. Zdobytych w taki sposób dowodów nie przyjąłby żaden normalny sąd. Jednak Białoruś nie jest normalnym państwem, a jej wymiar sprawiedliwości już dawno stał się batem w rękach Łukaszenki, którym ten bezlitośnie okłada wszystkich mających własne zdanie.

Łukaszenka nie chce wierzyć, że ma przeciwko sobie naród, który organizuje masowe protesty spontanicznie, wykorzystując do tego internet jako nowoczesne narzędzie pozwalające dotrzeć do milionów ludzi. Znacznie bardziej strawna jest dla niego historia o inspirowanym z zewnątrz szeroko rozgałęzionym spisku.

Anonimowość nie chroni przed represjami

W piątek w Grodnie aresztowano co najmniej siedem osób, które według KGB były administratorami bądź aktywnymi uczestnikami forów poszczególnych dzielnic miasta w Telegramie. Aż pięć z nich to młode kobiety. Teraz poddawane są one intensywnym przesłuchaniom przez Łukaszenkowskich speców.

Podobne aresztowania dokonywane są na terenie całego kraju - w Mińsku, Mohylewie, Homlu, Witebsku, ale też w małych miejscowościach.

Dokładnej liczby ujętych internautów nie znamy. Decentralizacja i anonimowość w sieci znacznie utrudniają w tym wypadku zdobywanie informacji o aresztowanych, zwłaszcza jeżeli odmawiają oni współpracy ze śledczymi i nie przyznają się do stawianych im zarzutów. Ich rodziny nie śpieszą się z udzielaniem informacji obrońcom praw człowieka czy dziennikarzom. Pojawienie się informacji o aresztowaniu w mediach może zostać potraktowane jako dodatkowy dowód na opozycyjność. 

Niedobrą wiadomością dla władz jest to, że w miejsce przejętego przez KGB forum w Telegramie zwykle powstaje nowe, a czasem nawet kilka nowych. Do tego ludzie, którzy poznają się na protestach, tworzą w komunikatorze zamknięte grupy. Ich inwigilacja przez kogoś z zewnątrz jest bardzo utrudniona.

Z drugiej strony w kraju jest osiem resortów siłowych mających uprawnienia do prowadzenia działań  operacyjnych. I wszystkie one rzucone zostały do walki o utrzymanie przy władzy Łukaszenki. Dlatego na Białorusi będzie trwać absurdalna wojna reżimu z internetem, w której każdy użytkownik opozycyjnego forum jest potencjalnym uczestnikiem antyłukaszenkowskiego spisku.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.