Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W niedzielę Białorusini tradycyjnie masowo wyszli na akcję protestu. Demonstracje odbyły się m.in. w Mińsku, Grodnie, Witebsku, Lidzie i Zodzinie. Tym razem wszędzie służby działały według jednego scenariusza. Zatrzymań dokonywano na samym początku akcji. Kiedy tylko ludzie zaczynali się zbierać, OMON i przebrani w cywilne ubrania funkcjonariusze MSW rzucali się na nich, bili pałkami i wlekli do więźniarek. W Mińsku wykorzystywano też granaty hukowe i gaz łzawiący. Kiedy zamykaliśmy to wydanie „Wyborczej”, wiadomo było, że na terenie całego kraju aresztowano już dziesiątki osób.

- Działania były bardzo bezwzględne. Wybuchy granatów, gaz łzawiący, pałowanie - to wszystko widziałem na własne oczy. To była pokazowa brutalność - powiedział „Wyborczej” Juraś Hubarewicz, lider opozycyjnego ruchu O Wolność, który brał udział w akcji w Mińsku.

Zatrzymani dziennikarze

Wśród zatrzymanych jest co najmniej 20 dziennikarzy. Byli specjalnie namierzani i wyłapywani przez milicjantów. Zatrzymani zostali dziennikarze telewizji Biełsat, agencji Biełapan, największego białoruskiego portalu TUT.BY, dziennika „Narodnaja Wola”, a także rosyjskiej agencji TASS, a nawet białoruskiej reżimowej agencji Biełta.

– Działania służb specjalnych polegają na zatrzymaniu i wywiezieniu dziennikarzy z miejsca, gdzie odbywają się protesty. Później część się zwalnia, część jest pociągana do odpowiedzialności. Celem tych akcji jest niedopuszczenie do rozpowszechnienia się informacji o protestach – mówi „Wyborczej” Andrej Bastuniec, przewodniczący Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy.

Okrągły stół w więzieniu KGB

W sobotę Aleksander Łukaszenka niespodziewanie odwiedził więzienie śledcze KGB, gdzie przez ponad cztery godziny rozmawiał z 12 więzionymi członkami opozycyjnej Rady Koordynacyjnej i sztabu Swiatłany Cichanouskiej, przebywającej na emigracji liderki protestów. Najważniejszą postacią po stronie opozycji, z którą Łukaszenka zasiadł do stołu, był niedoszły kandydat na prezydenta Wiktar Babaryka więziony od kilku miesięcy pod zarzutem rzekomych nadużyć finansowych.

– Konstytucji nie pisze się na ulicy – pouczał opozycjonistów Łukaszenka.

O spotkaniu jest niewiele informacji: wszyscy jego uczestnicy po stronie opozycji pozostają w więzieniu, a Łukaszenka twierdzi, że uzgodniono zachowanie szczegółów pertraktacji w tajemnicy. Wiadomo jednak, że tematem była zapowiadana już wcześniej przez Łukaszenkę reforma konstytucji.

– Władza powinna powstrzymać areszty, zwolnić więźniów politycznych i wyznaczyć czas i miejsce pertraktacji. Jeżeli te żądania nie będą wykonane, to oznacza, że chcą nas okłamać – skomentowała spotkanie Cichanouska.

Niezależnie od zrozumiałego sceptycyzmu znacznej części opozycji sytuacja jest wyjątkowa. Łukaszenka po raz pierwszy w ciągu 26 lat swoich rządów zasiadł do stołu ze swoimi przeciwnikami i zadeklarował gotowość do wysłuchania ich argumentów. Informacje i nagrania ze spotkania pokazały wszystkie reżimowe telewizje.

Kij i marchewka?

Dlaczego Łukaszenka jednego dnia prowadzi rozmowy, a następnego używa służb do rozbijania protestów? Politolog Walery Karbalewicz z Centrum Analitycznego "Strategia" nie widzi sprzeczności w takim zachowaniu władz.

-  Łukaszenka rozumie, że nie ma możliwości rozwiązania kryzysu wyłącznie siłą. Niezadowolenie społeczne jest zbyt duże. Dlatego udaje dialog, choć nadal stawia przede wszystkim na siłę - powiedział "Wyborczej" Karbalewicz.

Podobnego zdania jest Juraś Hubarewicz.

- Łukaszenka został zmuszony do podjęcia rozmów, ale dziś pokazową brutalnością siłowików daje wszystkim do zrozumienia, że tak naprawdę nic się nie zmieniło - uważa opozycjonista.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.