Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Około 10 tysięcy Kirgizów w ciągu jednej nocy opanowało najważniejsze budynki w stolicy Kirgistanu i doprowadziło do unieważnienia sfałszowanych wyborów parlamentarnych. Do dymisji podali się premier, przewodniczący parlamentu, wielu merów najważniejszych miast. Chwieje się władza prezydenta Sooronbaja Dżeenbiekowa. Więzienia opuścili opozycyjni politycy, z byłym prezydentem Ałmazbiekiem Atambajewym na czele. 

Na ten kirgiski blitzkrieg protestujący już drugi miesiąc Białorusini patrzą z nieukrywaną zazdrością. 

- Dlaczego Białorusini nie mogą się uwolnić od Łukaszenki? Bo nie mamy tylu Kirgizów! – żartują internauci.  

To zupełnie różne systemy

Zwolennicy siłowego przeciwstawienia się OMON-owi i innym resortom siłowym zyskali kolejny dowód na skuteczność przemocy i chętnie przywołują przykład Kirgistanu jako dowód efektywności siłowego scenariusza protestów. Jednak tak naprawdę obydwa wydarzenia łączy  tylko jedno: ludzie wyszli na ulice oburzeni fałszerstwami wyborczymi. Więcej podobieństw nie ma. 

Dlatego bojowi i radykalni Kirgizi tylko na pierwszy rzut oka są dla Białorusinów dobrym przykładem. Te dwa państwa i ich systemy polityczne zasadniczo się różnią.

Białoruś to klasyczny autorytaryzm, pieczołowicie budowana w ciągu 26 lat rządów Łukaszenki jednolita i sterowana z jednego ośrodka urzędnicza piramida wspierana przez lojalne służby specjalne i wojsko. Kirgistan zaś jest jedyną demokracją w Azji Środkowej. Autorytaryzm nigdy nie zapuścił tu tak głębokich korzeni jak na Białorusi.

Trzy rewolucje w Kirgistanie

W Kirgistanie dochodziło już do obalania władzy w wyniku ulicznych protestów. W 2005 r. rewolucja róż, a w 2010 kwietniowa rewolucja zmuszały skorumpowanych prezydentów do ucieczki za granicę. Resorty siłowe dobrze pamiętają kary, które pociągają za sobą represje stosowane wobec zbuntowanego narodu. 

Zwycięstwo kirgiskiej opozycji zawsze wynikało z braku konsolidacji rządowych elit. Podział społeczeństwa na rodowe klany, podział kraju na północ i południe rozdzielone pasmem gór (łączy je jedynie autostrada) powodują, że ani urzędnicy, ani resorty siłowe nigdy nie tworzyły  monolitu. W warunkach kryzysu politycznego szybko następowała erozja aparatu państwowego i lokalne znajomości, pokrewieństwa bądź regionalna przynależność były zawsze ważniejsze niż poglądy czy konflikty polityczne. Zdarzało się, że w decydujących głosowaniach politycy popierali nie partyjnych kolegów, ale członków swego klanu bądź polityków z regionu. 

Trzecia rewolucja - nazywana nocną bądź błyskawiczną - pokazała przede wszystkim słabość kirgiskiego państwa, które z jednej strony sięga po bezczelne fałszerstwa i manipulacje wyborcze, a z drugiej pada na kolana przy pierwszych oznakach masowego niezadowolenia. 

Dlatego 10 tys. rozwścieczonych Kirgizów w Biszkeku może z łatwością zrobić to, czego nie jest w stanie dokonać 250 tys. Białorusinów w Mińsku. 

Daleka droga do celu

Jednak czy ludowy protest w Kirgistanie pozwala z optymizmem myśleć o przyszłości tego kraju?

Rabowanie rządowych budynków, ataki na prywatne kopalnie złota i próba przejęcia nad nimi kontroli, załatwianie własnych porachunków, uliczna przemoc sprawiają, że w kirgiskim internecie za pozytywny i optymistyczny przykład podaje się... białoruskie protesty.  

„Zobaczcie, jak oni cywilizowanie protestują!”; „Tam na ulicach jest 100 tys. ludzi i widać porządek, a u nas 5 tys. i porządku nie ma”; „Mam wrażenie, że na ich tle jesteśmy jakimś średniowiecznym społeczeństwem” – piszą z nieukrywaną sympatią do białoruskich protestów Kirgizi. 

Ukaranie władzy za próbę sfałszowania wyborów parlamentarnych jest oczywiście pozytywnym zjawiskiem. Problem polega na tym, że poza tym żadnego optymistycznego przesłania trzecia kirgiska rewolucja nie niesie. A narodziny kilku alternatywnych i nawzajem się zwalczających ośrodków władzy dowodzi, że mimo szybkiego pozbycia się odpowiedzialnych za fałszerstwa wyborcze urzędników droga do rzeczywistego uregulowania kryzysu może jeszcze długo potrwać. 

Dlatego na razie i Białorusini, i Kirgizi są jednakowo daleko od celów, jakie sobie stawiali, wychodząc tłumnie na ulice, by protestować. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.