Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Niemiecki minister Michael Roth bronił dziś wieczorem w Parlamencie Europejskim kompromisowego projektu rozporządzenia „pieniądze za praworządność”, które Rada UE zatwierdziła w zeszłym tygodniu jako swe stanowisko do negocjacji z europosłami.

Niemiecka prezydencja (Berlin przez pół roku przewodzi teraz Radzie UE), przekładając polityczne ustalenia lipcowego szczytu UE na język prawny, zaproponowała, by unijne fundusze były zawieszanie bądź redukowane w przypadkach naruszeń praworządności, które „dostatecznie bezpośrednio” rzutują na właściwe zarządzanie pieniędzmi UE (w tym dotacjami z Funduszu Odbudowy) i na interesy finansowe Unii.

Wniosek Komisji Europejskiej o takie sankcje musiałby zostać zatwierdzony w głosowaniu większościowym Rady UE, a ponadto zagrożony kraj mógłby odwlec taką decyzję o nawet trzy miesiące, prosząc o dyskusję na szczycie UE.

- Na takie zasady zgodzili się przywódcy wszystkich krajów Unii. Już pierwotna propozycja Komisji Europejskiej z 2018 r. wiązała naruszenia praworządności z budżetem UE. To nie jest naszym wynalazkiem. Potrzebujemy teraz kompromisu między instytucjami UE – tak minister Roth bronił się dziś przed zarzutami wieloma europosłów, że niemiecka prezydencja zaproponowała dodatkowy tylko „instrument antykorupcyjny” zamiast obrony szeroko pojętej praworządności wykraczającej poza kwestie wymiaru sprawiedliwości w ściganiu przekrętów z funduszami UE.

Główne frakcje PE: To za mało dla obrony praworządności

- To pseudomechanizm praworządnościowy, który w dodatku jest obciążony ryzykiem, że nigdy nie zostanie użyty – przekonywał Moritz Koerner, przemawiający w imieniu liberalnej frakcji „Odnowić Europę”.

Także Daniel Freund w imieniu zielonych krytykował „zbyt wysoko ustawioną poprzeczkę”, czyli odejście od pierwotnej wersji z projektu z 2018 r., wedle której wnioski Komisji o zawieszenie płatności wchodziłby w życie niemal automatycznie, o ile nie zostałyby zawetowane przez 15 krajów reprezentujących 65 proc. ludności UE.

– Obecna propozycja nie jest dla nas wystarczająca – zadeklarowała szefowa frakcji centrolewicowej Iratxe Garzia Perez, domagając się rozszerzenia sankcjonowanych naruszeń na wszystkie wartości podstawowe, łącznie z pluralizmem mediów i równouprawnieniem płci.

O zmiany na rzecz „realnie działającego” mechanizmu praworządnościowego apelował też Petri Sarvamaa w mieniu centroprawicowej Europejskiej Partii Ludowej.

PiS: To ideologiczna pałka

Z zupełnie przeciwnych pozycji krytykowali Rotha europosłowie PiS oraz Węgrzy z Fideszu.

– To niesprawiedliwa dyskusja o rzekomym braku praworządności. I o projekcie pozatraktatowych przepisów bez podstaw prawnych. Chodzi o przygotowanie ideologicznej pałki do okładania tych krajów, których nie lubi Komisja Europejska – powiedział Bogdan Rzońca.

Z kolei Jadwiga Wiśniewska – wypominając Niemcom sprawę reparacji wojennych - przekonywała, że „brak jej słów, gdy niemiecka prezydencja nie dotrzymuje ustaleń” z lipcowego szczytu UE.

Premierzy Polski i Węgier – wbrew interpretacjom innych uczestników - przekonywali po nim, że pomysł „pieniądze za praworządność” został zupełnie unieszkodliwiony. Tyle że wersja niemieckiej prezydencji nie została w zeszłym tygodniu poparta tylko przez Polskę i Węgry. A także przez – bliższą europarlamentowi i przeciwną zbytniemu rozwodnieniu projektu - „grupę przyjaciół praworządności”, czyli trzy kraje Beneluksu, Austrię, Szwecję, Finlandię oraz Danię.

Podczas innej dyskusji Parlamentu Europejskiego o nowych pomysłach na monitorowanie praworządności Beata Kempa oskarżała dziś „unijnych urzędników”, że pod płaszczykiem praworządności chcą wprowadzać w Polsce aborcję, ideologię gender i specjalne prawa dla osób LGBT.

- Nie ma na to zgody chrześcijańskiej części Europy – powiedziała Kempa.

Natomiast Sylwia Spurek (klub zielonych) opowiadała o „12-letniej dziewczynce w Polsce, która - zaszczuta na tle orientacji seksualnej - popełniła samobójstwo”. Skrytykowała Komisję, że w obronie praworządności ma tylko „słowa, słowa, słowa”, a do polskich władz wciąż płyną unijne fundusze.

Polska i Węgry mogą zablokować Fundusz Odbudowy?

Rozporządzenie „pieniądze za praworządność” musi być uzgodnione przez Parlament Europejski oraz unijne rządy w Radzie UE.

Do jego zatwierdzenia teoretycznie wystarczy większościowe głosowanie w Radzie UE, ale Polska i Węgry ostrzegają, że mogą zablokować Fundusz Odbudowy (750 mld euro, w tym 390 mld w dotacjach), jeśli to rozporządzenie będzie niezadowalające dla Warszawy i Budapesztu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.