Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Obecnie media mają korzystać tylko z oficjalnych białoruskich informacji, a jeżeli zadecydują się wysłać swoich reporterów, by relacjonowali przebieg protestów, muszą się liczyć z konsekwencjami. 

Według dzisiejszych danych Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy w aresztach znajduje się 12 dziennikarzy. Są to reporterzy telewizji Biełsat bądź redaktorzy białoruskich portali internetowych pracujący na ulicach białoruskich miast w trakcie protestów.

Biełsat nie ma akredytacji, a lokalne portale nie mają oficjalnego statusu mediów. Jednak ten, kto myśli, że legitymacja dziennikarska chroni przed aresztowaniem, jest w błędzie. O trafieniu za kraty decyduje raczej skuteczność i zauważalność pracy konkretnego reportera, a nie jego faktyczny stan prawny.

Fotoreporter jako reżyser protestów

Aleksander Wasiukowicz jest fotoreporterem najpopularniejszego białoruskiego portalu TUT.by. 13 września pracował na wiecu z oficjalną legitymacją dziennikarską uznawaną przez wszystkie organa władzy na Białorusi. Jego zdjęcia z białoruskich protestów obiegły białoruski internet i światowe media, były na czołówkach światowych gazet, m.in. francuskiej "Le Monde".

W pewnym momencie ktoś wysoko we władzach się zdenerwował i Wasiukowicz został aresztowany, oskarżony o udział w protestach i wtrącony na 11 dni do cieszącego się ponurą sławą stołecznego aresztu przy ulicy Akrescina. W reżimowych mediach sugerowano, że m.in. jego obrazki zachęcają do udziału w akcjach przeciwko Łukaszence, a dziennikarze są faktycznymi dyrygentami protestów.

Historia Wasiukowicza pokazuje, o co tak naprawdę chodzi władzy w walce z mediami. Chce po prostu wyciąć niepasujące jej obrazy, doprowadzić do zniknięcia protestów i protestujących z portali, gazet i ekranów telewizorów. Jednym z kroków w tym kierunku jest wycofanie akredytacji dla wszystkich dziennikarzy zagranicznych. Oznacza to jednoczesne „uziemienie” wszystkich mediów zagranicznych pracujących na Białorusi. MSW ostrzega, że zagraniczni dziennikarze, którzy pojawią na wiecach bez akredytacji, mogą zostać potraktowani jak uczestnicy protestu.

Internet przyćmił reżimową propagandę

Zaostrzenie walki z niezależnymi od władzy mediami zaczęło się, gdy białoruskie protesty zaczęły wygasać. Są coraz mniej liczne i mają coraz bardziej lokalny charakter. Reżim wydaje się więc coraz bardziej pewny, że już wkrótce sobie z tym poradzi.

Jednak utrzymanie się przy władzy na tarczach OMON-u wcale nie jest komfortowe. Nie oznacza bowiem, że społeczeństwo uzna Łukaszenkę, a tym bardziej - że na powrót go polubi. Po prostu niezadowolenie z ulic białoruskich miast przeniesie się do internetu, a pobici i poniżeni przez władze Białorusini będą czekali na kolejną dogodną okazję, by wyładować swoją frustrację.

Kryzys gospodarczy i wyraźna nieudolność Aleksandra Łukaszenki w jego rozwiązywaniu już niebawem mogą stworzyć kolejne punkty zapalne. Władza, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa tej sytuacji i realności powrotu kolejnej fali protestów, rozpoczyna radykalne „porządkowanie” sfery mediów i generalnie internetu.

Areszty i zatrzymania administratorów popularnych grup w Telegramie, pozbawienie najpopularniejszego portalu TUT.by statusu medium - te działania są dokonywane z myślą o dalszej przyszłości. Ostateczne zdławienie protestów będzie dopiero początkiem szerokiego przetrzepywania sfery medialnej na Białorusi.

Łukaszenka zdaje sobie sprawę, że główną przyczyną przełomu społecznego na Białorusi stało się przekonanie, że jego przeciwnicy są większością. "Winę" za to ponoszą przede wszystkim popularne portale internetowe, sieci społecznościowe i messengery. To właśnie tam widać było totalną dominację przeciwników Łukaszenki, która później ujawniła się na ulicach.

Artykuły niezależnych mediów przekazywane w sieciach społecznościowych i poprzez messengery mają dziś nieporównywalnie większy zasięg niż reżimowa propaganda. I fizyczne zdławienie protestów tego nie zmieni. Dlatego teraz władza skieruje ostrze represji właśnie na internet. Zamykanie ust mediom to dopiero początek wielkiej czystki informacyjnej na Białorusi.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.