Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zaczęło się od „czatów podwórkowych” w komunikatorze Telegram. Z początku miały one służyć jedynie wymianie informacji na temat protestów, ale szybko się okazało, że pomagają też w integracji lokalnych mieszkańców. Ludzie zaczęli się lepiej poznawać, pomagać sobie nawzajem. Wzięli się do organizacji koncertów, wydarzeń sportowych i kulturalnych, projektują nawet własne flagi.

Modzie na „imprezy podwórkowe” dało początek mińskie osiedle przy ulicy Czerwiakowej, potocznie zwane Placem Zmian. Osiedle ma konto w Telegramie, na Instagramie, a jego lokalizacja jest zaznaczona na Google Maps.

Swoją nazwę zawdzięcza biało-czerwono-białym wstążkom na ogrodzeniu oraz muralowi z wizerunkiem słynnych techników dźwięku Władisława Sokołowskiego i Kirilla Gałanowa. Zatrzymano ich tuż przed wyborami, 6 sierpnia, gdy na rządowym koncercie w Mińsku włączyli piosenkę Wiktora Coja i grupy Kino „Chcę zmian!” – nieformalny hymn białoruskiej opozycji.

Po pojawieniu się graffiti ściana została przemalowana przez pracowników służby komunalnej już ponad 15 razy. By malunek nie wracał, zaczęli jej przez całą dobę strzec funkcjonariusze organów bezpieczeństwa. Jednak miejscowi się nie poddają. Nadal dekorują swoje podwórko i odnawiają mural.

Bajek też zakazano

– Ta pomalowana ściana zjednoczyła nas wszystkich. Staliśmy się wielką rodziną. Organizujemy imprezy z herbatą i ciasteczkami, rozmawiamy, wyrażamy swoje opinie. Wszystko odbywa się absolutnie pokojowo, nie ma żadnych negatywnych emocji – mówi mieszkanka Placu Zmian Natalia, która przyjechała z dzieckiem w wózku na plac zabaw w pobliżu słynnego muralu.

Według Natalii jej okolica stała się tak popularna, że odwiedzają ją nie tylko sąsiedzi i mieszkańcy pobliskich bloków, ale nawet turyści.

– Przyjeżdżają tu ludzie z Rosji, Ukrainy. Wczoraj był mężczyzna z Izraela. Nasze osiedle jest teraz światowym centrum komunikacji – mówi z uśmiechem kobieta.

W trakcie naszej rozmowy obok placu zabaw kilka razy przejechał radiowóz, który przez kilka godzin stał na posterunku w pobliżu domu. Jednak podwórka nie opuścił, tylko zatrzymał się przy chodniku przy wjeździe na parking.

– Nawet małe dzieci wiedzą, co to jest OMON – mówią mieszkańcy z oburzeniem, patrząc w stronę obserwujących ich funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa. – Trudno się do tego przyzwyczaić, ale nie możemy niczego zrobić – dodają. Miejscowi powiedzieli również, że wcześniej za pomocą projektora pokazywano tu dzieciom bajki, ale tego zakazano. Podobnie jak odbywających się tu wcześniej koncertów.

– Teraz organizujemy tylko niewielkie spontaniczne wydarzenia – mówią mieszkańcy.

Milicja i pracownicy służb komunalnych pojawili się tu zaraz po powstaniu graffiti z wizerunkiem dźwiękowców.

– Wycinali flagi z naszych okien, zamalowali ścianę. Niech pani spojrzy, w tej chwili zrywają biało-czerwono-białe wstążki z płotu – wskazuje ręką na ludzi w maskach stojąca obok mnie kobieta.

Nikt się nie boi

Organy ścigania nie ograniczyły się do nakładania grzywien i zastraszania mieszkańców. Jednego z nich – Stiepana Łatypowa – aresztowano. 15 września Stiepan strzegł muralu przed siłowikami, którzy po raz kolejny przyszli go zamalować. Kiedy poprosił nieznajomych gości, żeby się wylegitymowali, ci wykręcili mu ręce, wsadzili go do samochodu i wywieźli w nieznanym kierunku.

Dziś Łatypow jest na liście więźniów politycznych. Jest oskarżony o „planowanie zatrucia milicjantów niebezpiecznymi substancjami toksycznymi”.

Pytam mieszkańców, czy nie obawiają się zatrzymań. – Nikt tu już niczego się nie boi – odpowiadają zgodnie. 

– Nie powinniśmy się bać, bo będzie nam wstyd przed Stiepanem, który bronił tego muru. Wiele osób ucierpiało, wielu jest w tej chwili w więzieniu. A jeśli się poddamy, wszystko, co zrobili dla naszej wolności, pójdzie na marne – tłumaczy Maria, zbierając wstążki, które podczas naszej rozmowy zrywali z płotu nieznani mężczyźni.

– I mają państwo wystarczająco dużo sił, by patrzeć na to, jak codziennie niszczone jest podwórko, i odbudowywać je od nowa? – pytam.

– To nawet ciekawe – mówi Maria. – Pokazujemy w ten sposób, że nie brakuje nam cierpliwości. Mamy silną wewnętrzną motywację, by ponownie zbierać i zawieszać na płocie te wstążki.

W  przygotowywaniu biało-czerwono-białych dekoracji mieszkańcom pomagali także ludzie z zewnątrz. Jest wśród nich Anastazja, która przyjechała niedawno z Petersburga. – To już kultowe miejsce, które jest popularne nie tylko w Mińsku, ale też w całym kraju. Przyszłam tu, żeby je zobaczyć, a okazało się, że można nawet pomóc – śmieje się dziewczyna.

Anastazja mówi, że nie mogła wysiedzieć w Rosji, kiedy jej białoruscy krewni i przyjaciele wychodzili na protesty. Musiała wrócić. – W Rosji nie rozumieją tego, co się dzieje w moim rodzinnym kraju. A w każdym razie nie zagłębiają się w szczegóły – mówi.

Mieszkaniec jednego z mińskich osiedli Jan Grib przed wejściem do swojego bloku, 10 sierpnia 2020Mieszkaniec jednego z mińskich osiedli Jan Grib przed wejściem do swojego bloku, 10 sierpnia 2020 AP

Po przyjeździe do Mińska Anastazja zamieszkała z rodzicami w dzielnicy Serebrianka. Mówi, że jej mieszkańcy dzięki podwórkowym czatom – podobnie jak ci z Placu Zmian – spotykają się z sąsiadami na pogawędkach, organizują wieczory przy herbacie.

– Wspólne rozmowy dają nadzieję na zwycięstwo. Ludzie omawiają sposoby, jak się zjednoczyć przed wyruszeniem na akcje protestacyjne. O wiele bezpieczniej jest iść razem –- dodaje stojący obok Aleksander.

Zarówno Aleksander, jak i Anastazja byli już zatrzymani na demonstracjach. Anastazja na marszu kobiet, Aleksander na niedzielnym proteście. Mimo to twierdzą, że nadal będą wychodzić na ulice.

My malujemy, oni zamalowują

Kiedy na osiedle przyjeżdżają siłowicy kolejny raz zamalować mural, ludzie wyglądają z okien, aby zobaczyć, co się dzieje na ich podwórku.

– Możecie nawet wlać benzynę i podpalić. Może będziecie się lepiej czuli – mówi jeden z lokatorów. – Debile, debile! – krzyczą do nieznanych ludzi w maskach małe dzieci na huśtawce.

Mieszkańcy twierdzą, że już przestali zadawać siłowikom pytania, po co psują mural.

– Naszym zadaniem jest narysowanie, ich – zamalowanie. Niech robią, co chcą – mówią. Niektórzy nagrywają cały proces telefonem.

– No, zrywajcie, zrywajcie – pokrzykuje starsza kobieta siedząca na ławce. – Przecież wszystko jedno, te wstążki będą jutro zawiązane.

I rzeczywiście – dzień później wstążki znów wiszą na ogrodzeniu, a mural jest odnowiony...

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.