Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Grupa hakerów używająca nazwy "Cyberpartyzanci" w sobotę wieczorem włamała się na oficjalny portal reżimowej telewizji Biełaruś 1. Zamiast wywiadu z ministrem zdrowia internauci zobaczyli nagrania, na których uczestnicy antyreżimowych protestów są bici przez białoruskie służby specjalne. To samo miało miejsce na portalu reżimowej telewizji ONT.

- Jeżeli media rządowe nie chcą pokazywać prawdy, zrobimy to my - taki lakoniczny komentarz rozpowszechnia grupa.

By powstrzymać hakerów, oficjalne stacje na kilkanaście godzin zrezygnowały z transmisji swojego programu w internecie. W przypadku ONT przerwa trwała jeszcze w niedzielę nad ranem.

- Włamanie miało miejsce. Będziemy to badać, wszelkie odpowiedzi na pytania będą możliwe dopiero po zakończeniu wewnętrznego dochodzenia - oświadczyła rzecznik telewizji ONT Iryna Rambalskaja.

Hakerzy demolują rządowe witryny

- Jesteśmy cyberpartyzantami i - tak samo jak nasi odważni przodkowie - prowadzimy walkę partyzancką - tak brzmiało jedno z pierwszych oświadczeń grupy hakerów.

Włamanie się na strony telewizji jest zaledwie jedną z wielu akcji przeprowadzonych przez Cyberpartyzantów.

Działalność rozpoczęli brawurowym atakiem na portal ministerstwa spraw wewnętrznych. Rozmieścili tam list gończy za Aleksandrem Łukaszenką i ministrem spraw wewnętrznych Juryjem Karajeu. Białoruscy siłowicy potrzebowali aż 19 dni, by "oczyścić" portal MSW z wywrotowych treści.

Ofiarami działań Cyberpartyzantów stały się potem także: portal jednego z działów administracji prezydenta, witryna Akademii MSW, portale Białoruskich Loterii i rządowej organizacji Biała Ruś, która organizuje prołukaszenkowskie akcje uliczne, oraz wiele innych rządowych portali.

Jednak największy jak dotąd rozgłos wywołała akcja zdobycia bazy danych pracowników MSW, która w porcjach jest obecnie rozpowszechniana przez popularnego blogera Nextę.

Kim są i czego chcą

Cyberpartyzanci twierdzą, że są kilkudziesięcioosobową grupą specjalistów w dziedzinie IT i hakerów. Uformowali się w czasie, gdy na ulicach białoruskich miast OMON brutalnie pacyfikował pokojowe protesty.

W rozpowszechnionym w komunikatorze Telegram oświadczeniu grupa przekazała władzom Białorusi żądania: odsunięcie od władzy Łukaszenki w związku ze sfałszowaniem przez niego wyborów prezydenckich, zaprzestanie stosowania przemocy wobec obywateli, zwolnienie wszystkich więźniów politycznych, przeprowadzenie pod międzynarodową obserwacją nowych uczciwych wyborów.

To pracownicy prężnie się rozwijających białoruskich firm IT w pewnym momencie stali się głównym obiektem ataku służb specjalnych. Łukaszenka kilkakrotnie wprost oskarżał ludzi z branży IT o to, że to oni stali się "silnikiem napędzającym protesty uliczne".

- Pojawili się u nas bogaci ludzie, pracownicy IT. Stworzyłem ich własnymi rękami. Dałem im takie warunki, jakich nigdzie nie mieli. I czego wtedy zechcieli? Zachciało im się władzy – powiedział Łukaszenka.

Po tej wypowiedzi zaczęło się polowanie. Pod zarzutami uchylania się od podatków i nadużyć finansowych w więzieniach wylądowały tuziny pracowników firm IT. Odpowiedzią na to była ewakuacja wielu firm z Białorusi. Wtedy też rozpoczęły się ataki hakerskie na rządowe witryny.

Cyberpartyzantka zdobywa rząd dusz

Na razie białoruskie służby są bezradne wobec hakerów. Reżimowe media nazywają Cyberpartyzantów terrorystami i lansują tezę, że za atakiem stoją wrogowie zewnętrzni Białorusi (przede wszystkim USA i jej wywiad CIA), i straszą Białorusinów skutkami ich akcji, np. zakłóceniami w dostawach prądu i w pracy szpitali czy służb ratowniczych.

Ale białoruski internet jest zachwycony działalnością antyłukaszenkowskich hakerów.

„Zuchy, działają jak prawdziwi partyzanci”; „Pokazali ludziom prawdę zamiast trwających 26 lat kłamstw”; „Dzięki nim polecą wreszcie głowy w służbach” – podobnych komentarzy są setki pod artykułami o Cyberpartyzantach.

- Jest nas ok. 30 osób, a co będzie, gdy będzie nas 2 tysiące? – pytają retorycznie hakerzy i w swoich oświadczeniach przyznają, że mają coraz więcej zgłoszeń od osób, które chcą do nich dołączyć.

Cios w wizerunek władz

Znana białoruska publicystka Swietłana Kalinkina uważa, że działalność Cyberpartyzantów zadaje poważny cios wizerunkowi władz.

- Udało się im zademonstrować, że służby specjalne są bezradne, a twierdzenie, że władza w pełni kontroluje sytuację w kraju, nie odpowiada rzeczywistości. Dziś złamali telewizję, wczoraj urząd celny, jeszcze wcześniej MSW. Co będzie jutro? Apel do udziału w protestach może się pojawić na każdej rządowej witrynie - mówi "Wyborczej" Kalinkina.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.