Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ponad sześć tygodni po wyborach prezydenckich konflikt polityczny na Białorusi przypomina ogromne ognisko z rozżarzonym węglem. Wystarczy rzucić trochę opału i ogień pojawia się na nowo. Kilka godzin po przeprowadzonej w tajemnicy inauguracji Aleksandra Łukaszenki w Mińsku znowu strzelano, znowu bito i znowu lała się krew. Bez względu na narastające represje Białorusini są gotowi kontynuować protesty. To wszystko oczywiście stawia znak zapytania nad polityczną przyszłością Łukaszenki.

Kreml rozdaje karty

W białoruskim kryzysie jedyną siłą zewnętrzną, która rozgrywa wciąż swoją partię, jest Moskwa. Ma ona ku temu wszelkie instrumenty i predyspozycje. Prezydent Rosji Władimir Putin jest jedynym zagranicznym politykiem, z którym liczy się i kontaktuje Łukaszenka. Rosja ma też na Białorusi potężne zaplecze: ciągle odbierane i ciągle popularne wśród Białorusinów rosyjskie telewizyjne programy informacyjne. Białoruska ulica tradycyjnie z sympatią odnosi się do Rosji.

Kreml zna łukaszenkowską elitę, wśród której przez dziesięciolecia właśnie prorosyjskość była obowiązkowym warunkiem kariery. Rozmowy kanclerz Niemiec Angeli Merkel i prezydenta Francji Emmanuela Macrona z Władimirem Putinem o drogach wyjścia z kryzysu na Białorusi wydają się też potwierdzać, że ma on zgodę przynajmniej części Zachodu na swój udział w rozwiązaniu białoruskiego konfliktu.

Mając taki wachlarz środków, rozegrać scenariusz, który wydaje się dla Zachodu najbardziej racjonalny, jest niezwykle łatwo. Ten scenariusz przez jednych jest opisywany jako dobro, przez innych jako zło, ale to tylko potwierdza jego popularność.

Otóż z zachodniego punktu widzenia Putin ma wymienić Łukaszenkę na innego prorosyjskiego polityka i będzie po sprawie. Białorusini przestaną protestować, Rosja będzie miała nadal swego człowieka na czele tego kraju, Zachód będzie miał święty spokój i nie będzie musiał zajmować się tak nerwową dla jego własnych stosunków z Rosją sprawą.

Dla żyjących w demokratycznych społeczeństwach ludzi Zachodu taki scenariusz zażegnania konfliktu wydaje się oczywisty. W końcu jest przecież normalną sprawą, że budzący powszechną niechęć polityk schodzi z olimpu. To, co jest oczywiste na Zachodzie, wcale nie musi być jednak oczywiste dla Białorusi i Rosji. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę różnice dzielące Rosję i Zachód w kwestii wymiany elit.  

Łukaszenka na sztandarach antydemokracji

Kiedy w 1994 r. Aleksander Łukaszenka wygrał swoje pierwsze wybory prezydenckie, zrobił to pod czerwonym sztandarem ZSRR. Twarda antyzachodnia i antydemokratyczna retoryka wyróżniała go na tle innych przywódców postradzieckich krajów. Początek lat 90. był bowiem czasem marszu demokracji i powszechnych zachwytów Zachodem. Łukaszenka – być może pierwszy z postradzieckiej czołówki – wyczuł popyt społeczny na antydemokrację, autorytaryzm i rządy silnej ręki. Była to reakcja na narastające problemy gospodarcze. Demokracja, ku rozczarowaniu większości, wcale nie gwarantowała bowiem dobrobytu.

W pierwszych latach swoich rządów Łukaszenka konsekwentnie niszczył wszystkie demokratyczne instytucje, przejmując pełną kontrolę nad Białorusią. W tym samym czasie antyzachodnie i antydemokratyczne poglądy zdobywały coraz więcej zwolenników w Rosji. Postradziecka elita szybko i łatwo rezygnowała z demokracji na rzecz autorytaryzmu.

Działo się tak między innymi dlatego, że demokracja nie gwarantowała stabilności zdobytej przez nich pozycji społecznej. Raz na jakiś czas odbywają się wybory, które zmieniają układ sił. Z punktu widzenia sprawujących władzę w Rosji czy na Białorusi jest to szkodliwe. Człowiek żyje, pracuje, pnie się w „górę”, zdobywa wpływy – i nagle wybory wysadzają cię z siodła. Dlaczego? Bo tak chcą wyborcy! Ale dlaczego o losie mądrych i zasłużonych ludzi mają decydować rzesze ciemniaków? Bo tak chcą Stany Zjednoczone?

Właśnie kwestia wymiany elit jest główną i zasadniczą przyczyną konfliktu postradzieckich dyktatur z Zachodem. I tak samo jak są wartości demokratyczne, istnieje ich zaprzeczenie – wartości autorytarne czy antydemokratyczne. A główna z nich brzmi tak: to nie naród, tylko władza ma narzucać swoją wolę. Po 26 latach sprawowania rządów Aleksander Łukaszenka jest tej wartości ucieleśnieniem.

Putin również jest antydemokratą

Przyczyn tego, dlaczego Władimir Putin ostatecznie popadł w ostry konflikt z Zachodem, wymienia się dziesiątki. Najczęściej przywoływane są kwestie natury geopolitycznej i stosunki międzynarodowe: brak szacunku i uznania Putina za równego sobie przez kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych, rozszerzenie NATO na Wschód, niedopuszczenie Rosji do decydowania o światowych problemach itd. Jednak konflikt Putina z Zachodem narastał równolegle ze wzrostem jego chęci do zachowania sformowanego pod jego rządami status quo. Demokracja pewności zachowania status quo nie daje. Zgoda na demokrację oznacza też zgodę na wyborczą porażkę i dopuszczenie możliwości wymiany elity.

Rosyjska elita, której twarzą stał się Putin, nie chciała wiązać swojej przyszłości ze zmiennymi sympatiami ludu. Dlatego Rosja coraz bardziej oddalała się od demokracji. Putin i Łukaszenka zmierzają bowiem w tym samym autorytarnym kierunku. Przy czym Łukaszenka, który znacznie wcześniej rozpoczął swój ruch, wyprzedza władcę Kremla. Sformowany na Białorusi system autorytarny cechuje się większą koncentracją władzy, jest bardziej dominujący w gospodarce, gdzie Łukaszenka nadal trzyma w swoich rękach największe i ciągle państwowe zakłady pracy.

Bliskość kultur i społeczeństw pozwala Moskwie traktować Białoruś jako swoisty poligon doświadczalny. To, co się dzieje dziś na Białorusi, jutro może się zdarzyć w Rosji. Z takiego punktu widzenia Łukaszenka – przy wszystkich antypatiach – pozostaje dla Kremla kimś bardzo bliskim, zrozumiałym i nawet potrzebnym. Jeżeli w Mińsku 27. rok rządzi Łukaszenka, to dlaczego na Kremlu 17. rok nie może przebywać Putin?

Kolorowa rewolucja i teoria kostki domina

Oprócz tego pamiętać należy o popularnej na postradzieckim obszarze teorii „kostki domina”, która upowszechniła się po arabskiej wiośnie i zupełnie niespodziewanym upadku kolejnych dyktatur. Strach o to, że rewolucja na Białorusi może za sobą pociągnąć rewolucję w Rosji, jest z tego punktu widzenia zrozumiały. Zwłaszcza jeżeli przypomnimy, jak „pomarańczowa rewolucja” na Ukrainie wystraszyła Łukaszenkę, a drugi Majdan przeraził Putina.

Dlatego ten, kto wróży skreślenie Łukaszenki przez Putina, jego wymianę na inną prorosyjską figurę, niech się tak bardzo nie śpieszy. Moskwa, zabiegając o reformę konstytucyjną na Białorusi, owszem, może się zgodzić na polityczną emeryturę Łukaszenki, ale tylko jeżeli będzie musiała się na to zgodzić. Zachowanie osłabionego i uzależnionego od Kremla Łukaszenki czy sprowadzenie go do postaci symbolicznego białoruskiego ajatollaha mającego jedynie ceremonialne znaczenie wydaje się z takiego punktu widzenia znacznie lepszym rozwiązaniem.

Dlaczego? Nie może bowiem ulica – czy szerzej: lud – ot tak sam z siebie decydować o losie władcy. To zły przykład. Najpierw ma się porozumieć elita, a później naród ma zrobić tak, jak oni wcześniej sobie postanowili. Taka jest kolejność ustalona przez pierwszą i najważniejszą autorytarną zasadę: to nie naród narzuca władcy swoją wolę, tylko odwrotnie.

I tak z punktu widzenia kremlowskiego autokraty powinno być wszędzie, a już zwłaszcza u najbliższego sojusznika Rosji.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.