Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wczoraj po zakończeniu inauguracji Aleksander Łukaszenka natychmiast przebrał się w swój słynny wojskowy mundur i przy Pałacu Niepodległości odebrał przysięgę od jednostek białoruskiego wojska. Tym razem jednak do zatwierdzonego przez wojskowe statuty tekstu przysięgi wojskowej dodano nową zwrotkę. Po raz pierwszy żołnierze przysięgali nie tylko na wierność narodowi Białorusi, ale i na wierność prezydentowi. Nagraną przysięgę pokazały wszystkie reżimowe telewizje.

– Nie każdy Białorusin, niestety, dziś to rozumie, ale wkrótce zrozumie każdy. Po prostu musieliśmy zrobić swoją pracę i ją zrobiliśmy – powiedział, zwracając się do żołnierzy, Łukaszenka.

Jego zdaniem w trakcie ostatnich tygodni to właśnie wojsko i resorty siłowe obroniły niepodległość i integralność terytorialną Białorusi. Czy może być jakiś bardziej wymowny dowód na to, że Białoruś znalazła się w rękach junty wojskowej?

Siłowicy przejmują stery

Wzrost politycznej roli resortów siłowych obserwujemy od kilkunastu miesięcy. Pierwszym publicznym dowodem na to, że służby mają już formalnie decydujący wpływ na politykę państwa, stało się mianowanie w grudniu ubiegłego roku wiceszefa KGB generała Ihara Siergiejenki szefem administracji prezydenta.

W białoruskim systemie władzy jest to jedno z najważniejszych stanowisk. Szef administracji znaczy więcej niż premier i ma decydujący wpływ na politykę kadrową na terenie całego kraju.

Militaryzacja aparatu państwowego wzmocniła się z powołaniem na początku czerwca, czyli już w czasie trwania kampanii wyborczej, Ramana Hałouczanki na stanowisko premiera. Wcześniej był on szefem Państwowego Wojskowo-Przemysłowego Komitetu, który zajmuje się między innymi handlem bronią i gospodarczym zabezpieczeniem wojska.

W ten sposób dwa najważniejsze cywilne stanowiska znalazły się w rękach siłowików. Aleksander Łukaszenka przygotowywał się do kryzysu politycznego. Junta wojskowa, którą dziś widzimy w działaniu, nie jest więc tylko odpowiedzią na falę protestów. Wprowadzenie jej do władzy rozpoczęto znacznie wcześniej.

Powrotu nie ma

Na razie zastosowanie tego modelu pozwala Łukaszence wbrew woli wyborców utrzymać się u steru. Jednak to, co widzimy dzisiaj, jest nie tylko reakcją na bieżącą sytuację polityczną w kraju, jest też wskazówką, w jakim kierunku zamierza Łukaszenka prowadzić Białoruś.

Organizując swoją potajemną inaugurację mógł on bez większego problemu wypełnić centralny plac Mińska tysiącami swoich zwolenników zwiezionych autokarami z całego kraju. Jednak nie sięgnął po ten sprawdzony sposób imitacji ludowego poparcia. Zamiast tego zgromadził przy Pałacu Niepodległości jednostki wojskowe, przed którymi pojawił się w mundurze.

Przyszłość Białorusi, jeżeli Łukaszenka utrzyma się na fotelu prezydenta, będzie więc w stylu wojskowym. Powrotu do tego, co było przed 9 sierpnia, nie ma. Łukaszenka zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie odbudować poparcia społecznego i na nowo zdobyć serca Białorusinów. Dlatego nawet nie próbuje tego robić, stawiając na militaryzację białoruskiego systemu. Nazywany przez Białorusinów prezydentem OMON-u Łukaszenka jeszcze przed wyborami stworzył podstawy junty wojskowej i teraz tylko utrwala jej istnienie.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.