Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Aleksander Łukaszenka, jak mógł, odciągał przeprowadzenie swojej szóstej inauguracji prezydenckiej. Nie chciał, by jej tłem były protesty przeciwko wyborczym fałszerstwom. Miała się odbyć już po ich zdławieniu i stać się triumfalnym zakończeniem konfliktu. Takim Dniem Zwycięstwa, który udowodniłby wszystkim, że na tej szerokości geograficznej Łukaszenka jest jedynowładcą i nie ma dlań alternatywy. 

Ostatecznie nic z tego nie wyszło. 

Termin 9 października – do kiedy Łukaszenka musiał złożyć przysięgę prezydencką – zbliżał się, a ulice Mińska ciągle wypełniają setki tysięcy protestujących. Dlatego z bólem serca musiano zrezygnować z "Dnia Zwycięstwa". Jak bowiem go organizować, skoro walka trwa nadal? 

W tych warunkach postanowiono sięgnąć po bardzo nietypowe zagranie – inaugurację po kryjomu.  

Sekretna inauguracja

W środę rano funkcjonariusze sił specjalnych zablokowali ruch w centrum Mińska. Pojawiła się też imponująca kolumna samochodowa, którą zazwyczaj podczas inauguracji czy wizyt ważnych oficjeli jeździ Łukaszenka. Wszystko to zinterpretowano jako możliwy początek inauguracji bądź trening przed nią. Jednak władze nadal uparcie kłamały. 

- Mogę tylko powiedzieć, że poinformujemy o tym, im bliżej będzie do daty inauguracji - mówiła dziennikarzom rzeczniczka Łukaszenki Natalia Ejsmont w momencie, kiedy zaproszeni na uroczystość urzędnicy już ściągali do pałacu niepodległości.  

By do końca utrzymać wszystko w tajemnicy, nie zorganizowano nawet (przewidzianej prawem) bezpośredniej transmisji uroczystości za pośrednictwem państwowego radia i telewizji. Reżim dobrze bowiem zdawał sobie sprawę z tego, że "namaszczenie" znienawidzonego przez Białorusinów Łukaszenki na kolejną kadencję stanie się katalizatorem wielkich demonstracji w całym kraju. Tylko dzięki temu udało się uniknąć sytuacji, gdy w momencie składania prezydenckiej przysięgi widzimy na ulicach setki tysięcy Białorusinów protestujących przeciwko uzurpacji władzy.

Zatem wypowiedziane przez Łukaszenkę słowa, iż inauguracja jest świętem dla Białorusinów, brzmią jak drwina bądź objaw oderwania się od rzeczywistości.  

Łukaszenka kuleje

Rozpoczynając w ten sposób swoją szóstą prezydencką kadencję, Aleksander Łukaszenka potęguje przekonanie, że tak naprawdę stał się, jak mówią Amerykanie, „lame duck”, kulejącą kaczką, czyli przywódcą, który za chwilę przejdzie na polityczną emeryturę.

Kto zaczyna kadencję w podobny sposób, może - ale wcale nie musi - dotrwać na stanowisku do końca kadencji. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.