Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Nikt się nie śmieje, nie żartuje. Po prostu ponury nastrój. Przecież wszyscy rozumieją, co się dzieje i w czym uczestniczą. Jak przychodzi dowództwo, to oczywiście pokazują optymizm, a potem znowu wraca ponurość – mówi jeden z byłych funkcjonariuszy, opisując atmosferę w swoim niedawnym miejscu pracy.

Kilka dni temu zwolnił się, nie mogąc znieść świadomości, że bierze udział w masowym i zakrojonym na szeroką skalę dławieniu pokojowych protestów. Takich jak on na Białorusi są setki. W początkowym etapie protestów upubliczniali oni swoje nazwiska i motywy odejścia. Teraz wolą milczeć. Wiedzą, że publiczna wypowiedź będzie sygnałem dla byłych kolegów z resortu, że mogą bez skrupułów rozpoczynać represje.

Siłowicy Aleksandra Łukaszenki czują się dziś jak na zanurzonej na maksymalną głębokość łodzi podwodnej. Zewnętrzna presja jest ogromna, a przebywający w środku rozumieją, że najmniejsze pęknięcie może wszystkich natychmiast zatopić.

"Masza Łukaszenka" zidentyfikowana

– Wszedłem do sklepu w mundurze i po prostu fizycznie odczułem nienawiść ludzi. Patrzą tak, jakbym był jakimś Hitlerem – opowiada były funkcjonariusz o tym, dlaczego zdecydował się odejść.

13.09.2020, Mińsk, milicja naprzeciw protestujących.13.09.2020, Mińsk, milicja naprzeciw protestujących. AP / AP

Nie każdy daje sobie radę ze świadomością, że jest znienawidzony. Ci, którzy stali się sławni i rozpoznawalni, jak „Masza Łukaszenka” – podoficer grodzieńskiego OMON-u Maria Mazurkiewicz – nie mają już szans na powrót do normalności. W wieczór wyborczy Mazurkiewicz razem z inną funkcjonariuszką OMON-u Darią Bandarczuk dusiły, kopały i wykręcały ręce 55-letniej farmaceutce Marynie Palikarpawej. Zatrzymana kobieta, podobnie jak dziesiątki innych grodnian, stała się ofiarą milicyjnej łapanki urządzonej w centrum miasta. Kiedy prosiła zamaskowane funkcjonariuszki, by się przedstawiły, jedna z nich powiedziała:

– Jestem Masza Łukaszenka, a to Nastia Łukaszenka.

Tożsamość "Maszy" i jej towarzyszki dosyć szybko została ustalona. Dzięki internetowi obie zyskały wątpliwą sławę i są uważane za kogoś w rodzaju grodzieńskich potworów.

Twarz schowana pod maską

Już pierwsze wypadki ujawnienia w internecie tożsamości gorliwych wykonawców rozkazów o brutalnych zatrzymaniach i torturach wywołały w szeregach MSW prawdziwą panikę. Nagle ludzie, którzy przyzwyczaili się do tego, że są zawsze w cieniu, stanęli w świetle reflektorów. Setki tysięcy odsłon na portalach, portrety i opis wyczynów we wszystkich sieciach społecznościowych sprawiły, że stali się rozpoznawalni w życiu codziennym.

Kierownictwo MSW dobrze zdaje sobie sprawę z wagi problemu. Odpowiedź była dwutorowa. Po pierwsze, niemal wszyscy siłowicy do rozpędzania akcji zakładają kominiarki bądź maski. Często mają też mundury bez symboli mogących pomóc w identyfikacji. Zerwanie kominiarki jest traktowane jak napaść na funkcjonariusza i może się stać pretekstem do wszczęcia postępowania karnego.

Również w sądach administracyjnych, gdzie rozpatrywane są sprawy demonstrantów, coraz częściej zataja się tożsamość milicyjnych świadków. Szef MSW Jury Karajeu chce pójść jeszcze dalej. Zwrócił się do parlamentu z propozycją, by milicjantów zwolniono z obowiązku przychodzenia do sądu. Mieliby zeznawać przez Skype'a, a ich dane w trakcie rozprawy byłyby utajniane.

Po drugie – MSW i KGB wypowiedziały prawdziwą wojnę tym, którzy ujawniają tożsamość funkcjonariuszy.  Reżimowe media niemal codziennie informują o kolejnych zatrzymaniach ludzi, którzy kolportowali ulotki w miejscu zamieszkania siłowików. Takie ulotki zazwyczaj zawierają suchą informację o tym, kim jest sąsiad i co robi z demonstrantami. Nietrudno zgadnąć, jaki efekt mają one w sytuacji, kiedy cały kraj jest oburzony stosowaniem przez siłowików przemocy. Funkcjonariusze, ale także ich rodziny – żony, rodzice, dzieci – wszyscy oni nagle odczuli społeczną nienawiść i pogardę.

Łódź podwodna nadal płynie

– Jak mam ich osądzić, jeżeli oni bronili nie tylko kraju, ale również mnie? – pyta Aleksander Łukaszenka. To wystarcza, by „Masza Łukaszenka” nadal spokojnie polowała w Grodnie na demonstrantów i demonstrantki. Nie ma problemów z wymiarem sprawiedliwości. Mimo potwierdzonych przypadków śmierci i okaleczania demonstrantów, setek nagrań wideo dokumentujących brutalność funkcjonariuszy wobec żadnego z nich nie wszczęto postępowania karnego. Mają przyzwolenie na przemoc.

Inaczej wygląda sytuacja ofiar. Maryna Polikarpawa ma sprawę karną i jest oskarżona o stosowanie przemocy wobec funkcjonariusza na służbie. Grozi za to do sześciu lat pozbawienia wolności. Zgodnie z suchą milicyjną statystyką od 9 sierpnia do 14 września o to przestępstwo oskarżono 41 osób. To pewnie nie koniec, bo jednocześnie prowadzone są 143 postępowania sprawdzające.

Ta taktyka powoduje, że białoruska łódź podwodna pod nazwą MSW nadal skutecznie przeciwstawia się presji. Nie zważając na niechęć czy wręcz nienawiść społeczeństwa, jest nadal zdolna wykonać każdy rozkaz Aleksandra Łukaszenki.  

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.