Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od wyborów minęło już 36 dni, a termin zaprzysiężenia Łukaszenki ciągle pozostaje tajemnicą.  

– Naprawdę nie wiem, kiedy się odbędzie – wyznała dwa tygodnie temu szefowa centralnej komisji wyborczej Lidzija Jarmoszyna.  

Od tego czasu nic się nie zmieniło. Nadal nie wiemy, kiedy Aleksander Łukaszenka po raz szósty położy rękę na egzemplarzu białoruskiej konstytucji i złoży przysięgę prezydencką. 

Ustawodawstwo precyzyjnie określa termin zaprzysiężenia: ma się to odbyć w ciągu dwóch miesięcy od wyborów. A zatem najpóźniej 9 października. Łukaszenka ma więc jeszcze 24 dni na zorganizowanie uroczystości. 

Już mamy rekord 

Podobne przeciąganie inauguracji nie jest sytuacją normalną, gdyż wcześniej Łukaszenka starał się jej nie odwlekać.

W 1994 r. odbyła się ona dziewiątego dnia po wygranych wyborach, w 2001 - 11., w 2006 r. - 20., w 2015 - 26.

Najdłużej, bo aż 33 dni, czekać trzeba było w 2010 r. Wtedy zwlekanie tłumaczono chorobą. Łukaszenka miał przejść mikrowylew, jednak oficjalnie ta informacja nigdy nie została potwierdzona.  

Teraz rekord został pobity.   

Inauguracja kontra protesty 

Odwlekając swoją inaugurację, Łukaszenka kieruje się względami wizerunkowymi. Chce uniknąć sytuacji, kiedy tłem uroczystości są protesty, pałowanie i zatrzymania.

Idea jest zapewne taka, że spektakularna inauguracja ma postawić kropkę nad i, uciąć wszelkie dyskusje na temat wyborów i w ten sposób umocnić status jedynego władcy Białorusi. 

Jednak z każdym dniem podobne założenia wydają się coraz mniej realistyczne. Protesty trwają i - mimo coraz brutalniejszych represji - wcale nie maleją. Na ulice wciąż wychodzą setki tysięcy Białorusinów. W obecnej sytuacji inauguracja bez wątpienia podziała mobilizująco na przeciwników Łukaszenki. 

Przywódczyni protestujących Swiatłana Cichanouska już oświadczyła, że uznaje się za prezydenta, którego wybrał naród, a po 9 października decyzje Łukaszenki stracą wszelkie znamiona legalności.

Można było to oczywiście zbagatelizować, w końcu Cichanouska jest przywódczynią na emigracji, a sytuacja w Białorusi ciągle jest pod kontrolą lojalnych wobec Łukaszenki służb specjalnych, jednak Litwa, a za nią Unia Europejska i USA ustami swoich przedstawicieli ogłosiły, że nie uznają Łukaszenki za legalną głowę państwa. Taki stan rzeczy ma potrwać do czasu nowych wyborów prezydenckich.  

Co się zmieni po 9 października? 

Do końca nie wiadomo, co ta deklaracja może oznaczać w praktyce. Czy Zachód wycofa z Mińska swoich ambasadorów? Czy też nie będzie wysyłał nowych, no bo jak wręczać papiery uwierzytelniające komuś, kogo się nie uznaje za legalnego prezydenta? Czy - jak sugerują reżimowe media - Zachód ograniczy się tylko do groźnych oświadczeń, które nie będą się przekładać na rzeczywistość?

Odpowiedzi na te pytania dziś nie znamy, ale to wszystko sprawia, że 9 października i inauguracja Łukaszenki stają się ważną datą - i dla jego przeciwników, i dla zwolenników.

Mińsk i cała Białoruś w napięciu czekają na inaugurację i jej następstwa. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.