Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kreml rozgrywa na Białorusi swoją własną partię szachów. Po przegranych  wyborach prezydenckich Aleksander Łukaszenka z króla nagle stał się hetmanem. Owszem, jest najmocniejszą figurą na szachownicy, jednak teraz można go "złożyć w ofierze", by zwyciężyć w grze.  

Trzymać się bliżej starszego brata

Pertraktacje Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki tradycyjnie są niepubliczne i po ich zakończeniu zazwyczaj pojawiają się lakoniczne, suche komentarze - o przyjaźni, osiągnięciu porozumienia, zacieśnieniu współpracy oraz o braterstwie Białorusi i Rosji. Poniedziałkowe spotkanie przywódców w letniej willi rosyjskiego prezydenta Boczarow Ruczaj niedaleko Soczi nie różniło się niemal od dotychczasowych. Trwało ponad cztery godziny i po jego zakończeniu rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow oznajmił jedynie, że „są plany”, „strony się porozumiały”, „umówiły się w sprawie dalszych kontaktów”.

Wszystko, co było najciekawsze, pozostało za zamkniętymi drzwiami. O podjętych w zaciszu gabinetu decyzjach dowiemy się dopiero za jakiś czas.

Najważniejsze tematy, które - sądząc po otwartej dla mediów pierwszej części spotkania - były omawiane, to dalsza integracja obydwu krajów, a także kwestia wewnętrznych reform Białorusi, którą - w warunkach kryzysu politycznego - Łukaszenka obiecał narodowi.   

- Słyszeliśmy o pańskiej propozycji rozpoczęcia prac nad konstytucją. To logiczne, na czasie i przyniesie korzyści - powiedział Władimir Putin. Jego zdaniem stworzy to nowe możliwości dla rozwoju Białorusi. 

- Powinniśmy trzymać się bliżej naszego starszego brata i współpracować z nim we wszystkich dziedzinach - odparł Łukaszenka, demonstrując swoją uległość. 

Po rozmowach żaden z nich nie wygłosił oświadczenia. 

14.09.2020, Soczi, Rosja, spotkanie Aleksandra Łukaszenki z Władymirem Putinem.14.09.2020, Soczi, Rosja, spotkanie Aleksandra Łukaszenki z Władymirem Putinem. AP / AP

Kremlowski monopol Łukaszenki 

Przez dziesięciolecia jedynym partnerem Moskwy w relacjach z Białorusią był sam Aleksander Łukaszenka. Taka sytuacja była dla Kremla komfortowa i - nie zważając na zgrzyty - wolano szukać kompromisu z krnąbrnym Baćką, niż budować jakąś polityczną alternatywę. 

Po pierwsze, na postradzieckim obszarze, a już zwłaszcza jeżeli chodzi o państwa autorytarne, Kreml unika kontaktów z opozycją. Wyjątki się zdarzały, jednak tylko potwierdzają one regułę. Rosja tradycyjnie stawia na współpracę z rządową elitą, a ta jest na Białorusi niezwykle skonsolidowana i zapatrzona w Łukaszenkę. 

A po drugie, wyobraźcie sobie siebie na miejscu Władimira Putina: otóż macie 67 lat i ukształtowała was praca w KGB; postrzegacie historię w kategoriach antyrosyjskiego spisku; jak każdy autorytarny władca obawiacie się demokratycznych żywiołów, bo są one zakaźne. Jak Białorusini obalą Łukaszenkę, to i Rosjanom może się zachcieć wolności...

Czy ktoś taki, prowadząc ważną grę, postawi na demokrację i żywioł? Czy też będzie wolał zakulisowe układanki z aparatczykami, zwłaszcza że wszystkie karty już ma w rękawie? 

Odpowiedź wydaje się oczywista. Nie demokracja, nie wybory, nie ruchy społeczne, tylko zakulisowe porozumienie z najmocniejszymi figurami nomenklatury ma położyć kres białoruskiemu kryzysowi.

Naród w tym scenariuszu, owszem, może dostać na otarcie łez jakieś prezenty w postaci umiarkowanego i czasowego postępu w dziedzinie praw człowieka, lecz w żadnym wypadku nie będzie decydował o wyniku i charakterze całej rozgrywki. Kreml bowiem lubi te partie, w których wynik jest z góry ustalony i kontrolowany, a nie zależny od woli tłumów. 

Król zostaje hetmanem 

Kreml przez lata uważnie obserwował, co się dzieje na Białorusi. I był pierwszym z zewnętrznych graczy, który zdał sobie sprawę ze spadku popularności Baćki. Kiedy Zachód pakował się w dialog polityczny z Łukaszenką, rezygnując z wspierania opozycji, Kreml odwrotnie - rozpoczął delikatne działania zmierzające do uformowania w tym kraju zorganizowanego prorosyjskiego zaplecza społecznego. Na Białorusi pojawiły się więc niezależne od Łukaszenki organizacje społeczne, które organizowały prorosyjskie obchody Dnia Zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Ich członkowie nosili tzw. wstążki św. Jerzego, wyraźnie kojarzone z Kremlem. W 2019 r. - nie bacząc na brak akceptacji ze strony władz - zgromadzili na marszu „Nieśmiertelnego Pułku” tysiące uczestników.

Podobna aktywność świadczyła o tym, że dla Kremla Łukaszenka przestaje być jedynym partnerem na Białorusi, że  Rosja szuka dodatkowego oparcia wewnątrz społeczeństwa.

W ten oto sposób Łukaszenka stracił pozycję króla na kremlowskiej szachownicy Białorusi i stał się hetmanem. 

Hetman jest najmocniejszą figurą, jednak nie posiada wyjątkowości króla. Może zostać usunięty, ofiarowany w imię wyższych racji. To ostatnie oczywiście zaniepokoiło Łukaszenkę. 

Próby wspierania przez Kreml prorosyjskich organizacji w istocie nie były skierowane przeciwko niemu, lecz tylko stanowiły uzupełnienie tradycyjnych kontaktów i partnerów. Łukaszenka jednak sprzeciwiał się ich rozwojowi i uparcie dążył do utrzymania monopolu na prorosyjskość. Wiedział, że dopóki go ma Rosja, zrobi wszystko, by obronić jego rządy. Inaczej jego upadek stanie się jednocześnie upadkiem rosyjskich wpływów na Białorusi. 

Wielkich sukcesów w budowaniu prorosyjskich struktur - w warunkach przeciwdziałania ze strony Mińska - Moskwa nie odniosła. A Łukaszenka, trzeba to przyznać, w swoich kalkulacjach się nie pomylił. Po przegranych wyborach prezydenckich, wobec narastającej fali strajków i protestów i przy braku skonsolidowanej i zorganizowanej prorosyjskiej siły, Kreml rzeczywiście go uratował. A noszący wstążki św. Jerzego tłumnie ruszyli na wiece poparcia dla Baćki. 

Jednak myli się ten, kto myśli, że w tym miejscu można już postawić kropkę. Kreml wcale nie ignoruje faktu, że naród Białorusi wyraźnie dał do zrozumienia, iż ma dość rządów Łukaszenki 

Kreml chce reform we własnym interesie

Władimir Putin, Siergiej Ławrow i Dmitrij Pieskow jednym głosem mówili, że na Białorusi powinna nastąpić reforma konstytucji, Łukaszenka musi rozpocząć dialog z narodem, a potem powinny się odbyć wybory: prezydenckie, parlamentarne i lokalne. 

Nie chodzi oczywiście o demokrację, prawa człowieka i uczciwe wybory. Domagając się od Łukaszenki zmian w konstytucji, Rosja stawia na reformę politycznego systemu Białorusi. Kreml chce, by wzrosło znaczenie rządu, parlamentu, żeby stworzona została potężna prorosyjska (może, ale wcale nie musi być jednocześnie prołukaszenkowska) partia polityczna, mająca swoich przedstawicieli na wszystkich szczeblach władzy i zrzeszająca w swoich szeregach czołowych urzędników. 

Idąc tym tropem, staje się oczywiste, że to, co proponuje Putin, oznacza osłabienie Łukaszenki i faktyczne wzmocnienie pozycji nomenklatury jego kosztem. Zgodnie z tym planem to ona zamiast jednoosobowego Łukaszenki ma się teraz stać partnerem Kremla.

W ciągu 26 lat rządów Łukaszenki prorosyjskość była obowiązkowym atrybutem kariery w aparacie państwowym i służbach specjalnych. Na naradach prezydent wprost przyznawał: „Wszyscy jesteśmy rosyjskimi ludźmi”.

Dlatego właśnie na ten wyselekcjonowany i wyćwiczony aparat liczy Rosja, prowadząc swoją rozgrywkę

Nie mamy żadnych dowodów na to, że Kreml definitywnie skreślił Łukaszenkę, że w tej rozgrywce obróci się przeciwko niemu. Moskwa może, ale nie musi poświęcać swojego hetmana. Zwłaszcza że jest on gotów uczynić wszystko, by się utrzymać na szachownicy.

Gra się toczy i stawką w niej jest dla Kremla cała Białoruś, a dla Łukaszenki tylko jego w niej pozycja. Jeżeli spojrzymy na to bez emocji, zobaczymy, że nie są to scenariusze wzajemnie się wykluczające. Skulony i zabiegający o poparcie Putina Łukaszenka na pertraktacjach w Soczi jest tego dowodem.  

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.