Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gospodarza Kremla nie może nie ekscytować bliska, jak mu się niewątpliwie wydaje, perspektywa realizacji marzenia, które towarzyszy mu przez cały ponad 20-letni czas rządów.

Układ o stworzeniu Państwa Związkowego Rosji i Białorusi, przewidujący połączenie obu krajów w jeden organizm ekonomiczny i polityczny, podpisano 8 grudnia 1999 r. To ten dokument był jednym z elementów pokazywania przez Kreml Rosjanom, że szary podpułkownik KGB może być prezydentem Rosji; mężem stanu, który na powrót „zbierze ziemie ruskie" rozdzielone po upadku ZSRR.

Przez ponad 20 lat chytry Łukaszenka konsekwentnie dowodził prawdziwości rosyjskiego porzekadła, że „obiecać, nie znaczy się ożenić”. Wodził za nos partnera i pod słodkie słówka o przyszłej integracji wyciągnął od niego dobrze ponad 100 mld dol., bo na tyle wycenia się całe ekonomiczne wsparcie, jakiego putinowska Moskwa udzieliła Mińskowi.

Łukaszenka dopuszczał się też chamskich gestów wobec partnerów. Choćby takich, jak oskarżenie Moskwy, że chce „pożreć Białoruś” i postępuje gorzej niż hitlerowcy. Albo areszt przysłanego do Mińska przez Kreml biznesmena Władisława Baumgertnera, który interesował się kupnem kombinatu Biełaruśkalij. 

Putin znów jest „starszym bratem”

Prezydent Białorusi stale domagał się natomiast kredytów, ulg, otwarcia rynków rosyjskich dla swoich produktów, szantażując Moskwę zbliżeniem swego kraju z Zachodem.

Jeszcze nieco ponad miesiąc temu, przed wyborami, w wywiadzie dla ukraińskiego dziennikarza Dmytro Gordona Łukaszenka grzmiał, że Putin nie dotrzymuje słowa i stał się marionetką w rękach swego otoczenia. Do tego zasugerował, że prezydent Rosji jest babiarzem, tylko ukrytym. A o Rosjanach mówił, że to dla niego już „nie bracia, lecz partnerzy”.

Kilka dni temu Łukaszenka w kolejnym wywiadzie – tym razem dla dziennikarzy kremlowskich mediów – nazywał już swego rosyjskiego kolegę „bratem”, i to „starszym”.

Dziś poniżony przez własny naród i słabnący Baćka wybrał się do Soczi do Putina, jak kiedyś książęta ruscy do Batu Saraja, stolicy Ordy, po „jarłyk”, czyli wydawany przez chana patent na rządzenie i gnębienie poddanych w swoim księstwie. Pojechał do niego po ratunek przed utratą władzy, a może i utratą życia. Przed krótką jednodniową wyprawą kilka razy spotykał się ze swoimi generałami – sprawdzał, czy nadal są lojalni wobec niego i czy pozwolą mu wrócić.

Łukaszenka rozumie, że teraz, kiedy kraj mu się zbuntował i mimo skrajnie brutalnych represji złamać ogólnonarodowego protestu mu się nie uda, nie bardzo ma już czym mydlić oczu gospodarzowi rezydencji Boczarow Ruczej w Soczi. Jedynym oparciem poza własnymi słabnącymi, wymęczonymi trwającym ponad miesiąc biciem rodaków siłowikami (nazywa się ich często „słabowikami”) został mu już tylko Putin z jego obietnicą przysłania na Białoruś świeżych rosyjskich pałkarzy.

Łukaszence kończą się pieniądze

W dodatku rezerwy Białorusi są na wyczerpaniu. Jak ocenia agencja ratingowa Standard & Poor’s kraj stoi nad krawędzią gospodarczego krachu. Mińskowi już w początkach grudnia bez potężnych zastrzyków finansowych skończy się waluta.

Obiecana przez Putina pożyczka w wysokości 1,5 mld dolarów (jej szczegóły mają dopiero ustalić ministrowie finansów) zapewni Łukaszence funkcjonowanie co najmniej do połowy stycznia.

Kreml w lakonicznym komunikacie przed rozmowami zapowiedział, że przedmiotem negocjacji miała być „integracja” obu krajów, czyli zgoda na wyrzeczenie się suwerenności Białorusi i de facto wchłonięcie jej przez Federację Rosyjską. Zwane „mapami drogowymi” porozumienia dotyczące tego procesu miały już być podpisane 8 grudnia 2019 r., akurat w 20. rocznicę zawarcia układu o powołaniu ZbiRa. Ale wtedy Łukaszenka zerwał te plany, przede wszystkim odmawiając podpisania „31. mapy” przewidującej stworzenie wspólnych ponadnarodowych organów władzy „państwa związkowego”, w których głos decydujący mieliby Rosjanie.

Przyparty do muru dyktator, którego Zachód po sfałszowaniu wyborów i brutalnych rozprawach z narodem nie uznaje za prezydenta, ma jednak pewien atut. Siłą Łukaszenki w konfrontacji ze „starszym bratem” jest dziś jego słabość.

Gdyby podpisał „31. mapę”, zgodził się na wprowadzenie wspólnej z Rosją waluty i zbudowanie na Białorusi baz armii rosyjskiej, dolałoby to tylko oliwy do ognia protestu białoruskiego, który skierowałby się też przeciw Moskwie i Putinowi.

To, co w rozmowie w cztery oczy ustalili obaj politycy, ma pozostać tajemnicą. Po spotkaniu nie przewidziano konferencji prasowej, nie zapowiedziano żadnych oficjalnych komunikatów, poza lakonicznym oświadczeniem Putina. Prezydent Rosji, którego słowa cytuje agencja Reutera, poinformował w nim też, że kryzys na Białorusi musi zostać rozwiązany bez ingerencji z zewnątrz. Ogłoszony przez Łukaszenkę plan referendum konstytucyjnego, który przez białoruską opozycję oceniany jest jako kupowanie czasu i mydlenie oczu, ocenił zaś jako "logiczny i dobrze rozłożony w czasie".

Powstanie wspólna armia?

Swiatłana Cichanouska, faktyczna zwyciężczyni sierpniowych wyborów prezydenckich, już pouczyła prezydenta Rosji, że jego gość nie ma umocowania prawnego dla podpisywania jakichkolwiek umów.

Jeśli więc Kreml nadal stawia na Łukaszenkę, a wygląda na to, że tak właśnie jest, musi być bardzo ostrożny i w żadnym wypadku nie rozgłaszać sukcesu w dziele „zbierania ziem ruskich”, nawet jeżeli białoruski gość po cichu zgodził się na rezygnację z suwerenności swego kraju. Najpierw Rosjanie muszą próbować wzmocnić swego partnera i ustabilizować jego pozycję.

Coś takiego Putin zrobił już w Soczi w grudniu 2013 r. Wtedy, przyjmując u siebie bankrutującego pod naciskiem Majdanu Wiktora Janukowycza, rzucił mu koło ratunkowe w postaci 15 mld dol. kredytu. Nie opłaciło się, bo 3 mld, które Moskwa zdążyła przekazać Kijowowi, ludzie prezydenta Ukrainy przed jego ucieczką z kraju rozkradli i nikt tych pieniędzy Putinowi nie zwróci. Teraz pożyczka jest niższa, ale i sytuacja gospodarcza Rosji jest dużo gorsza.

Doświadczenie ostrzega też, że Łukaszenka ma zwyczaj nie dotrzymywać słowa. Jeśli dzięki wsparciu „starszego brata” utrzyma się na tronie, to danych mu obietnic, kiedy się wzmocni, nie dotrzyma. Postępował tak wiele razy.

Tym razem Putin zmusił więc zapewne swego przypartego do muru gościa do dania żelaznych gwarancji, które nie pozwolą mińskiemu dyktatorowi wykręcić się sianem. Poniedziałkowa „Niezawisimaja Gazeta” pisze, że „integracja” zacznie się od stopniowego „tworzenia wspólnej armii”, czyli białorusko-rosyjskich jednostek wojskowych. Przez to Łukaszenka traciłby pełną kontrolę nad swoimi siłami zbrojnymi, a tym samym swobodę manewru w grze ze „starszym bratem”. ł

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.