Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruskie służby specjalne zrobiły dużo, by niedzielne protesty wypadły jak najbardziej blado. W przededniu OMON bezlitośnie bił uczestniczki Marszu Kobiet. W telewizji i innych reżimowych mediach straszono ekstremistami i odpowiedzialnością karną. Podczas piątku i soboty drastycznie wzrosła liczba aresztowań na terenie kraju. W niedzielę w Grodnie służby użyły gazu łzawiącego, w Brześciu manifestantów zaatakowała armatka wodna, w Mińsku strzelano w tłum granatami dźwiękowymi. Wszystko to miało potęgować uczucie grozy. W trakcie niedzielnych akcji na terenie Białorusi aresztowano co najmniej 500 osób.

Wydawało się, że jeszcze chwila i Białoruś wróci do strasznych dni 9-12 sierpnia.

Protest w Mińsku, 13 września 2020.Protest w Mińsku, 13 września 2020. Fot. AP

Dziś spotkanie w Soczi

To podniesienie temperatury miało bardzo konkretny cel. W poniedziałek Aleksander Łukaszenka ma się spotkać w Soczi z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Mają w rozmawiać m.in. o drogach wyjścia z politycznego impasu na Białorusi. Dlatego Łukaszenka chciał wzmocnić swoją pozycję negocjacyjną, demonstrując Rosji, że trzyma sytuację pod kontrolą, a protesty wygasają.

Nic z tego nie wyszło. Liczba uczestników niedzielnej akcji w  Mińsku to około 100 tysięcy. Tyle samo, co tydzień temu. W Grodnie wyszło nawet więcej niż przed tygodniem. Potężne akcje odbywały się w Homlu, Mohylewie i Brześciu. Protestowały nawet niewielkie miasta jak Kobryń, Bobrujsk, Smorgonie, Mołodeczno, Lida...

To wszystko pokazuje, że białoruski pat trwa nadal. Łukaszenka rządzi, ale nie jest w stanie zdusić protestów. Ulica nie jest w stanie go na razie obalić, ale nie ustępuje ani o centymetr z wywalczonego skrawka wolności.

Należy bowiem pamiętać, że przed tegoroczną kampanią prezydencką w tym kraju od kilku lat nie było żadnej akcji protestu. Pojawienie się na miejskim placu nawet kilku ludzi z transparentami ciągnęło za sobą aresztowania za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Próby zalegalizowania wiecu – czyli otrzymanie pozwolenia od władz na manifestację – zawsze kończyły się odmową. Dlatego każdy, ale to każdy antyłukaszenkowski wiec jest odbierany jako klęska władz. Białorusini przywrócili sami sobie ulice i place - i nie chcą z tego prawa rezygnować. Nie zważając na bicie, poniżanie i areszty.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.