Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

27 sierpnia w Mińsku odbył się protest, w którym wzięło udział ponad stu medyków centrum naukowo-praktycznego Kardiologia. Bezpośrednim powodem dla zorganizowania akcji było zwolnienie dyrektora Aleksandra Mroczeka, który wcześniej, jak informuje Interfax, był wzywany do resortu zdrowia na dywanik jako osoba odpowiedzialna za udział lekarzy w akcjach protestu (walczyli oni o możliwość udzielania pomocy medycznej w aresztach). Decyzję o zwolnieniu Mroczeka podjęło ministerstwo zdrowia.

Pracę stracił także m.in. Paweł Łatuszko, były minister kultury, dyrektor teatru im. Kupały, który jako jeden z pierwszych kierowników państwowej instytucji otwarcie wystąpił przeciwko działaniom siłowików.  Został zwolniony przez premiera po udziale w akcji solidarności na placu Niezależności, podczas której zabrał głos i wyraził konieczność pociągnięcia do odpowiedzialności stosujących przemoc.

Do takiej formy karania protestujących, a także tych, którzy popierają opozycję, nawoływał zresztą sam Aleksander Łukaszenka. Prezydent Białorusi zażądał od ministra edukacji Igora Karpienko, by dopilnował, żeby w żadnej szkole nie ostał się nauczyciel wspierający w jakikolwiek sposób, choćby myślą, opozycję: „Jeśli ktoś z nich jest w drugim obozie, trzeba sobie z tym poradzić. Na Białorusi edukacja jest państwowa, szkoła jest państwowa, ideologia jest państwowa. Ci, którzy się z tym zgadzają, niech pracują, niech nauczają. Ci, którzy się nie zgadzają – nie powinni się w szkole w ogóle znaleźć. Trzeba o tym mówić wprost: głośno, uczciwie” – przytacza wypowiedź prezydenta agencja Interfax.

Zastraszani robotnicy

Łukaszenka nakazał też zwalniać robotników bez możliwości późniejszego powrotu do pracy, czyli de facto z wilczym biletem. W połowie sierpnia, podczas spotkania ze strajkującymi pracownikami Mińskiej Fabryki Ciągników Kołowych, prezydent Białorusi zwrócił się do nich tak: „Zdaję sobie sprawę, że niektórzy nie chcą pracować. No, ale 150 osób, może nawet 200 w jakimś przedsiębiorstwie nie zmieni sytuacji. Trzeba też zrozumieć, że »zły« prezydent zapewnił miejsca pracy zbyt dużej liczbie osób tylko po to, by nie wylądowały na ulicy. Kto chce pracować, niech więc pracuje. Kto nie: cóż, nie zmusimy nikogo. Drzwi są otwarte. (…) Ale później miejsca dla takich ludzi w zakładach nie będzie”.

Powszechność takich praktyk potwierdza obrońca praw człowieka Andriej Stryżak: „Wpis do książki zatrudnienia o zwolnieniu za udział w strajku, proteście, niepodporządkowaniu się władzy skutkuje właściwie w większości przypadków koniecznością emigracji. Tacy ludzie nie mają praktycznie żadnych szans na znalezienie pracy w kraju, która umożliwiłaby im utrzymanie się”.

Łukaszenka już nie kocha branży IT

Na litość nie mogą liczyć nawet pracownicy sektora IT, mimo że to właśnie oni są gwarantem 50 proc. białoruskiego PKB, a także jedyną gałęzią gospodarki, która w ostatnich latach znacząco się rozwija.

Pracownicy IT aktywnie wspierali opozycję już na etapie kampanii prezydenckiej. To oni opracowali szereg narzędzi, które miały pomóc w uczciwym podliczeniu głosów oraz frekwencji, co wyraźnie ubodło władzę.

Czarę goryczy przelał jednak list otwarty, który 12 sierpnia ukazał się w internecie i który podpisało kilka tysięcy pracowników sektora IT, nawołujących władze do zaprzestania stosowania przemocy wobec protestujących, przeprowadzenia nowych, uczciwych wyborów prezydenckich, uwolnienia wszystkich więźniów politycznych oraz umożliwienia obywatelom korzystania z niezależnych, wiarygodnych źródeł informacji.

Nie pomogło także oświadczenie założyciela PandyDoc, platformy dostarczającej oprogramowanie, Mikity Mikado, który zapewnił, że wesprze finansowo każdego siłowika, który zdecyduje się zdjąć mundur i przejść na stronę ludzi.

W efekcie czterech kierowników PandyDoc aresztowano i oskarżono o kradzież funduszy z budżetu. Rzekomo zdefraudowaną sumę pieniędzy prokuratura oszacowała na ok. 30 tysięcy euro. Następnie, po rozpoczęciu przez mieszkającego w USA Mikado ewakuacji pracowników firmy z Białorusi, państwo zajęło konta bankowe PandyDoc, pozbawiając 250 osób wypłat.

Część pracowników swojej białoruskiej filii zdecydował się wywieźć z kraju Yandex. Kierownictwo rosyjsko-holenderskiego przedsiębiorstwa podjęło tę decyzję po rewizji, którą w siedzibie firmy przeprowadzili 13 sierpnia, czyli dzień po podpisaniu listu otwartego, funkcjonariusze MSW zajmujący się walką z przestępczością.

„Spakowałem się w kilka godzin”

Wielu Białorusinów opuszcza kraj w obawie przed karą wielu lat pozbawienia wolności za zamanifestowanie opozycyjnych poglądów. Władysław Sokołowski, operator dźwięku, który sławę zyskał w sierpniu po włączeniu na miejskim święcie edukacji piosenki Wiktora Coja „Pieriemien” („Chcemy zmian”), zmuszony był do wyjazdu na Litwę. Po odbyciu kary aresztu nadal był prześladowany przez białoruskie służby bezpieczeństwa. „Spakowałem się w ciągu kilku godzin” – mówi „Wyborczej”.

Ze względów bezpieczeństwa z kraju wyjechać musiała też Sasza Zwieriewa, synowa Wiktara Babaryko, kontynuująca po zatrzymaniu niedoszłego kandydata na urząd prezydenta działalność opozycyjną.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.