Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Na Białorusi ma miejsce próba rewolucji burżuazyjnej - oznajmił prezydent Aleksander Łukaszenka. Na jej czele mają stać biznesmeni, przede wszystkim z branży IT, którzy pałają żądzą władzy.

Diagnoza ta jest oczywiście bardzo prymitywna, ale odzwierciedla jeden z aspektów ostatnich wydarzeń na Białorusi.

Burżujczykom zachciało się władzy

Nowaja Borowaja to nowoczesna dzielnica pod Mińskiem. Komfortowe mieszkania, zadbane podwórka, porządek i bezpieczeństwo, wszędzie całodobowy monitoring. Dochody mieszkańców grubo przekraczają średnią krajową. Mieszkają tu przeważnie młodzi biznesmeni, w tym ci z branży IT.  

Według oficjalnych danych w wyborach prezydenckich 9 sierpnia zwyciężyła tu Swiatłana Cichanouska, zdobywając około 90 proc. głosów. Lokalne komisje złożone z mieszkańców nie fałszowały wyników, nie wydalały obserwatorów. Wybory odbyły się nad wyraz sprawnie i nikt, nawet Aleksander Łukaszenka, tego nie kwestionuje. 

- Widzimy rejony, gdzie przeciwko mnie zagłosowało ponad 50 proc. Co to za rejony? Nowaja Borowaja, Kołodiszczi. Kto tam mieszka? Co ja im zrobiłem? – zapytywał wyraźnie zaskoczony Łukaszenka podczas dramatycznej wizyty w zrewoltowanej fabryce MZKT. 

Kilka tygodni później, już w spokojnej atmosferze, udzielając wywiadu niezwykle serwilistycznym wobec niego czołowym rosyjskim mediom, Łukaszenka pociągnął ten wątek: - Pojawiły się u nas burżujczyki, bogaci ludzie pracujący w IT. Stworzyłem im warunki, lepszych nikt im nie da. I  czego nagle im się zachciało? Władzy! To jest przyczyna konfliktu.  

Dlaczego biznes, który jeszcze niedawno wydawał się w stu procentach lojalny wobec reżimu, nagle stanął w kontrze do dyktatora?

W rozmowach z mediami biznesmeni podają różne przyczyny: wstrząs, kiedy to wszyscy realni konkurenci Łukaszenki do prezydenckiego fotela wylądowali w więzieniu, oburzenie wywołane arogancją władzy, oderwanie się Łukaszenki od białoruskiej rzeczywistości...

To wszystko prawda, ale decydujący chyba jest bunt przeciwko roli, jaką przypisano biznesowi w cesarstwie Łukaszenki.  

Biznesmen, czyli kabanczik

W białoruskim systemie hierarchii na czele stoi Aleksander Łukaszenka. Swoją władzę opiera na urzędnikach i służbach specjalnych. To współczesna białoruska arystokracja, która korzysta z państwowych przywilejów. Zwykli obywatele mają ją obsługiwać i być wobec niej posłuszni.

W tej szarej masie szczególną rolę odgrywają biznesmeni, czyli ci, którzy potrafią coś wymyślić, stworzyć, no i zarabiać. Jednak im większy biznes, tym większa presja i kontrola, a zatem i zależność od władzy. 

Biznesmeni odgrywają w białoruskim systemie podobną rolę jak "kabanczik” (świniak) w starym powiedzeniu sięgającym czasów stalinowskich łagrów: "wziąć sobie kabanczika”. Otóż kiedy na Dalekiej Północy kryminaliści planowali ucieczkę z łagru, często brali ze sobą więźnia, bywało, że inteligenta, który, nieświadom niczego, miał być ich... ruchomym zapasem żywności. W wypadku zagrożenia głodową śmiercią zabijali kabanczika, by go zjeść i przetrwać.

Białoruski biznesmen kabanczik ma pozwolenie na zarabianie pieniędzy. Opiekujący się nim oficerowie służb specjalnych i urzędnicy pomagają rozwiązywać problemy jego firmy, w zamian dostając wynagrodzenie, ale także zatrudnienie na ważnych stanowiskach dla swoich krewnych i innych „swoich ludzi”. 

Jeśli popatrzymy na listę zatrudnionych w pierwszej lepszej firmie zagranicznej na Białorusi, zobaczymy na niej emerytowanych oficerów KGB czy MSW, którzy są reprezentantami ośrodka zajmującego się hodowlą tego konkretnego kabanczika. Jednak nadchodzi moment, że kabanczik jest ubijany, czyli ląduje w więzieniu. Może stracić swój biznes albo można mu wystawić gigantyczny rachunek w zamian za odzyskanie wolności.

Jeśli kabanczik sobie z tym poradzi, może ponownie wrócić do gry i znowu być „hodowanym”.  

Zależność od służb specjalnych, wysoki poziom korupcji (zwłaszcza przy intratnych kontraktach z udziałem skarbu państwa), możliwość posadzenia każdego w każdej chwili sprawiają, że biznesmen czuje się zakładnikiem resortów siłowych.  

Zapędzić z powrotem do zagrody 

Poparcie Swiatłany Cichanouskiej, udział w protestach i wsparcie przez biznesmenów represjonowanych opozycjonistów i demonstrantów to wyraźny bunt. I kiedy Łukaszenka mówi o chęci przejęcia przez biznesmenów władzy, ma częściową rację.

Biznesmeni chcą się usamodzielnić, uniezależnić od wpływów siłowików. Występują  przeciwko procederowi hodowania kabanczika. 

Ale nie tylko o to chodzi. Biznesmeni zawsze kalkulują ryzyko; tym razem po raz pierwszy uznali, że zarysowała się wyraźna nadzieja na zmiany polityczne. A to za sprawą "tektonicznych" zmian w nastrojach społecznych, które ujawniły się w trakcie kampanii wyborczej. Właśnie to wciągnęło białoruski biznes w ogień walki politycznej.  

No i teraz służby mszczą się za rzekomą nielojalność.

W całym kraju machina resortów siłowych zaczęła bezlitośnie wycinać kabanczików. Szef Komitetu Śledczego Iwan Naskiewicz na spotkaniu z Łukaszenką wprost powiedział o gigantycznym wzroście liczby przestępstw w sektorze IT, która to branża w sposób najbardziej zorganizowany i sprawny włączyła się w protesty.  

Najgłośniejsza jest sprawa czterech menedżerów firmy PandaDoc, która była zaangażowana w tworzenie funduszu dla represjonowanych. Ale aresztowanych jest znacznie więcej - i w Mińsku, i w regionach. 

Mimo dramatycznych okoliczności nie wszystkie te sprawy muszą się skończyć wyrokiem. W końcu władza wcale nie zamierza zrezygnować ze swoich kabanczików. Chce ich jedynie zdyscyplinować i zapędzić z powrotem do zagrody. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.