Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Podczas wywiadu udzielonego przez Aleksandra Łukaszenkę czołowym rosyjskim mediom redaktor naczelna telewizji Russia Today Margarita Simonian opowiedziała mu o losie jej dziennikarzy, którzy przez pierwsze dni po sierpniowych wyborach relacjonowali przebieg protestów i zostali aresztowani, trafiając do niesławnego mińskiego aresztu przy ul. Akrescina.

- Minął dzień, minął drugi, minął trzeci. Byli bici, nie dawano im nic do jedzenia. Mówię to po to, by pan to wiedział - wyliczała Simonian, wyraźnie spodziewając się obietnicy dyktatora, że sprawa zostanie zbadana, a winni poniosą zasłużoną karę. Takiej deklaracji się jednak nie doczekała.

- Po prostu przełóżmy tę kartkę - odpowiedział Łukaszenka, zapewniając jednocześnie, że dobrze wie, co i gdzie się działo.

Zapomnijcie o praworządności

W środę, przedstawiając nowego prokuratora generalnego Andreja Szweda, Łukaszenka spotkał się z kierownictwem prokuratury. Występując przed ubranymi w niebieskie prokuratorskie mundury kobietami i mężczyznami z całego kraju, był absolutnie spokojny i pewny. Jednak przekaz, jaki miał dla prokuratorów, był niecodzienny.

- Nie nawołuję, by ratować państwo wbrew ustawodawstwu. Chociaż jeżeli praktycznie się odbywa bezczelna interwencja, tak ją nazywam, która idzie z zewnątrz, ale jest podgrzewana od wewnątrz, to w tej sytuacji czasem już nie ma wyjścia - powiedział Łukaszenka, zapowiadając, że wszyscy wrogowie zostaną bezlitośnie ukarani.

Wypowiedź ta, pokazana w porze największej oglądalności przez wszystkie reżimowe telewizje, jest wyraźnym sygnałem i dla resortów siłowych, i dla społeczeństwa.

Teraz będziecie bici 

Kiedy w trakcie kampanii prezydenckiej kandydatka opozycji Swiatłana Cichanouska odwiedzała kolejne regiony, wszędzie zbierając tłumy, Łukaszenka wizytował jednostki specjalne, MSW i wojsko. Już wtedy wiedział, kto tak naprawdę zadecyduje o jego władzy.

Jego plan był prosty: powtórka finału kampanii prezydenckiej z 2010 r., czyli bardzo ostre i krwawe represje. W wieczór wyborczy i w następnych dniach naród, który odrzucił przywódcę, miał zostać ukarany. Złamane kości, rany postrzałowe, wybite zęby i tortury miały zastraszyć i złamać opór.

Były deputowany rady miasta Bobrujsk Ales Czyhir w czasie rządów Łukaszenki był wielokrotnie aresztowany. Wydawać się mogło, że kogoś takiego trudno zadziwić represjami.  

– Gdyby ktoś opowiedział mi o tym, co się będzie działo, tobym nie uwierzył – wyznaje.

Podobnie jak tysiące innych zatrzymanych był bity i poniżany, znęcano się nad nim, a kiedy leżał na podłodze komisariatu, funkcjonariusze OMON-u w kominiarkach grozili, że po kolei będą oddawać na niego mocz.

- Wcześniej wszystko uchodziło wam na sucho. Teraz będzie inaczej, będziecie bici i będziemy na was oddawać mocz - usłyszał.

Przemoc jako ostatnia deska ratunku

Blitzkrieg jednak nie powiódł. W obliczu pogotowia strajkowego we wszystkich zakładach pracy Łukaszenka musiał zrobić krok do tyłu i schować na pewien czas swoich pretorian z OMON-u. Jednak z planu nie zrezygnował. Dziś przemoc powraca na ulice miast. Ubrani w mundury bez żadnych dystynkcji, by za wszelką cenę pozostać anonimowymi, funkcjonariusze OMON-u w kominiarkach znowu wleką pokojowych manifestantów do radiowozów i ciągle pozostają bezkarni. Bo jak inaczej Łukaszenka może zmusić dwie trzecie społeczeństwa do uległości?

Dlatego nikogo nie powinna dziwić lojalność Łukaszenki wobec siłowików. I to, że - mimo co najmniej pięciu ofiar śmiertelnych, mimo ludzi z ranami postrzałowymi, złamanymi kośćmi, wybitymi zębami, mimo dowodów tortur - nie zostało wszczęte ani jedno postępowanie karne. Wręcz odwrotnie - to ofiarom zakłada się sprawy.

Kilka dni temu milicja ponownie zatrzymała 16-letniego Cimura Mickiewicza. 12 sierpnia w Mińsku w trakcie protestów został zatrzymany przez OMON. Był torturowany, bity i gwałcony za pomocą milicyjnej pałki. Jego historię opisały media. Kiedy Mickiewicz wyszedł z szpitala, został ponownie zatrzymany. Teraz 16-latkowi wytoczono sprawę za rzekomy udział w zamieszkach. Jego kaci pozostają bezkarni.

Czy potrzebny jest jeszcze jakiś dowód na to, że po 9 sierpnia Łukaszenka przestał być prezydentem Białorusi, stając się prezydentem OMON-u? Ceną za utrzymanie władzy jest przyzwolenie na milicyjną przemoc. I tak już pozostanie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.