Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jako pierwszy o sprawie poinformował na Twitterze białoruski dziennikarz Franak Viacorka. "Litwa jako pierwsze państwo uznała Swiatłanę Cichanouską za przywódczynię Białorusi, jednocześnie nazywając Łukaszenkę uzurpatorem. Żadne traktaty transgraniczne między Łukaszenką a Rosją nie będą uznawane" - napisał Viacorka, załączając tłumaczenie rezolucji ze strony internetowej litewskiego parlamentu.

Rezolucja, której projekt złożyła w środę grupa litewskich posłów, została w czwartek przyjęta jednogłośnie przez 91 parlamentarzystów. Komunikat w tej sprawie kancelaria Seimasu - litewskiego Sejmu - opublikowała na swojej stronie internetowej.  

"W odpowiedzi na ostatnie wydarzenia w sąsiedniej Białorusi Seimas wzywa społeczność międzynarodową do uznania białoruskiej przywódczyni Swietłany Cichanouskiej oraz powołanej z jej inicjatywy Rady Koordynacyjnej za jedynych prawowitych przedstawicieli narodu białoruskiego, którzy przygotują go do przeprowadzenia nowych, przejrzystych i demokratycznych wyborów parlamentarnych" - czytamy.

Zarazem Seimas uznał dotychczasowego prezydenta Aleksandra Łukaszenkę za "nielegalnego przywódcę".

"Wszelkie jego działania w polityce wewnętrznej i zagranicznej, zmierzające do legitymizacji swoich rządów i zawarcia z Rosją nowych umów międzynarodowych, ograniczających suwerenność narodu białoruskiego, powinny zostać uznane przez społeczność międzynarodową za zbrodnię przeciwko białoruskiemu narodowi i de facto aneksję" - apelują litewscy parlamentarzyści.

W rezolucji Litwini wezwali również światowych przywódców do zażądania od Rosji, aby ta "nie ingerowała w politykę wewnętrzną ani zagraniczną Białorusi oraz nie wspierała nielegalnego białoruskiego przywódcy w jego próbach zawarcia nowych porozumień transgranicznych, które ograniczałyby suwerenność Białorusinów". Jeśli takie próby zostaną podjęte, litewscy posłowie będą domagali się od Zachodu nowych sankcji wobec przedstawicieli rosyjskiego i białoruskiego reżimu.

Czego zażąda Putin od Łukaszenki?

Sugestie, jakoby próbując ratować własną skórę, Łukaszenka mógł zgodzić się na większą integrację z Rosją, nie są pozbawione podstaw. Władimir Putin od dawna domaga się tego od białoruskiego dyktatora, jednak ten do tej pory skutecznie się opierał, wiedząc, że byłby to koniec jego rządów absolutnych. Powoływał się przy tym na wolę samych Białorusinów, coraz mniej skorych do integracji, i prezentował się jako obrońca narodowej suwerenności.

Teraz jednak, gdy Białorusini mają dość Łukaszenki, ten szuka pomocy w Moskwie. W przyszłym tygodniu dyktator odwiedzi Putina. Kreml liczy, że podczas spotkania "sam na sam" padną odpowiedzi na wszelkie pytania na temat stosunków dwustronnych, dotyczących integracji, ceny surowców energetycznych czy dostaw ropy. Będzie też omawiana cena, jaką Łukaszenka będzie musiał zapłacić za rosyjskie wsparcie udzielone mu w trakcie politycznego kryzysu.

Media i eksperci nie ustają w spekulacjach: będzie pełna integracja z Rosją? A może nastąpi sprzedaż rosyjskiemu biznesowi najbardziej łakomych kawałków gospodarki? Czy też pojawią się nowe rosyjskie bazy wojskowe?

Łukaszenka zdaje sobie sprawę, że rozmowa z Putinem nie będzie ani lekka, ani przyjemna. I już się do niej przygotowuje. W środę udzielił kilkugodzinnego wywiadu dla czołowych rosyjskich mediów, pozując na "obrońcę Rosji". - Doszliśmy z rosyjskimi elitami do wniosku, że jeżeli dziś padnie Białoruś, jutro padnie Rosja - przekonywał.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.