Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

 „Obcy ludzie dzwonią do mieszkania Swiatłany Aleksijewicz. Prosi dziennikarzy o przyjazd do jej domu” – takie wiadomości rozchodziły się we wszystkich opozycyjnych kanałach sieci społecznościowej Telegram we wtorek o godzinie 11.

Pół godziny później przy wejściu do bloku, w którym mieszka laureatka Nagrody Nobla, były już dziesiątki niezależnych dziennikarzy i obywateli.

Próba wkroczenia do domu Aleksijewicz przez zamaskowanych mężczyzn nie była niestety dla wielu ludzi niespodzianką. W ostatnim czasie na Białorusi nastąpiła seria represji wymierzonych w członków prezydium Rady Koordynacyjnej. Część opozycjonistów zatrzymano, innych zmuszono do wyjazdu za granicę. Z siedmiu członków prezydium Rady tylko Aleksijewicz pozostawała na Białorusi na wolności.  

– Mieszkamy tuż obok. Przyszliśmy, aby wesprzeć nie tylko Swiatłanę, ale także ludzi, którzy tego chłodnego poranka się tu zebrali – powiedział aktywista Wadim, częstując słodyczami i herbatą wszystkich, którzy zgromadzili się koło budynku. – Gardzimy represjami, które stosuje ta władza. I chociaż rozumiemy, że rząd nie jest gotów do dialogu, nie zamierzamy się poddawać. Będziemy okazywać solidarność z każdym, kto wyraża swoje obywatelskie przekonania – dodaje Wadim.

Wielu z tych, którzy przyszli tego dnia pod dom Aleksijewicz, twierdziło, że w razie potrzeby będą gotowi stać tu przez całą noc.

– Najważniejsze, żeby Swietłana była bezpieczna – przebijało się z ich rozmów.

Aby uchronić noblistkę przed ewentualnym aresztowaniem, odwiedzili ją dyplomaci z Polski, Litwy, Czech, Słowacji, Rumunii i innych krajów. Swoją solidarność z pisarką wyraziły także tak znane w białoruskiej polityce osoby jak m.in. były kandydat na prezydenta Andriej Dmitrijew, a także słynny białoruski poeta i polityk, kandydat na prezydenta w 2010 r. Uładzimir Niaklajeu. Wraz z żoną przyjechał wesprzeć swoją przyjaciółkę Swiatłanę, chociaż przyznał, że zaraz po podjęciu przez Aleksijewicz decyzji o wstąpieniu do Rady Koordynacyjnej uprzedzał ją przed możliwymi konsekwencjami. 

"Na czele tej władzy stoi bandyta"

Hanna Malashenia: Przyjechał pan tu dziś, by wesprzeć Swiatłanę Aleksijewicz.

Uładzimir Niaklajeu: – Tak. Wie pani, wiele osób nie może sobie wyobrazić możliwości aresztowania znanej na całym świecie laureatki Nagrody Nobla, a co najważniejsze – aresztowania bezpodstawnego.

Więc zakłada pan, że tak może się zdarzyć?

– Myślę, że to jest całkiem możliwe. Pamiętam, kiedy ona podjęła decyzję o wstąpieniu do Rady Koordynacyjnej, powiedziałem: „Tak, Swieta [zdrobnienie od Swiatłany], jesteś niesamowita. Ale to jest duże ryzyko”. Można byłoby pomyśleć: co Łukaszenka potrafi zrobić z tą Radą? W końcu nie był to jakiś silny ruch opozycyjny. Ale w rzeczywistości był gotów zniszczyć każdego, kto odważyłby się lekko podnieść głowę. Każdego, kto w najmniejszym stopniu przeszkodzi mu w utrzymaniu władzy. I tak się stało. Ten rząd nie ma hamulców, nie ma pojęcia o moralności. Na czele obecnej władzy stoi bandyta, który w tej chwili robi wszystko, co zechce.

Jak Swiatłana zareagowała na pana słowa?

 – Sama podjęła tę decyzję. Zrobiła to, co uważała za konieczne. Prawdopodobnie zrobiłbym to samo na jej miejscu.

To dlaczego pan nie został członkiem Rady?

– Początkowo nie byłem zwolennikiem tej strategii – pokojowego oporu. Teraz jestem już zmuszony do niej dołączyć. Dziś, kiedy już weszliśmy na tę pokojową drogę, z nastrojów ludzi widzę, że naród innej strategii już nie chce. Pamiętam, jak byli desantowcy zwrócili się do mnie podczas niedzielnego marszu na placu Niepodległości z pytaniem: „Uładzimir Prakopawicz, co mamy zrobić? Niech pan nam powie, co mamy złamać?”. Wtedy ludzie, którzy stali w pobliżu, usłyszawszy to, natychmiast zaczęli ich uspokajać, krzycząc: „Po co tu robicie prowokacje?!”. Właśnie prowokacje to jedna z ulubionych sztuczek Łukaszenki

Co może pan powiedzieć o obecnej sytuacji? Widzimy, jaką presję wywiera władza na opozycję.

– To wszystko jest bardzo trudne, ale uważam, że na razie sytuacja nie jest beznadziejna. Istnieje bardzo duża siła społeczeństwa. Białorusini potrzebują prawdziwego lidera, musi nim zostać Cichanouska. W tym celu musi zadeklarować, że jest nie tylko liderem narodowym, ale też legalnie wybranym prezydentem Białorusi. I trzeba to zrobić przed wizytą Łukaszenki w Moskwie. Aby pokazać, że istnieje białoruska władza, która ma mandat od społeczeństwa, a z obecnym rządem, który wszystko załatwia za pomocą siły, rozmawiać już nie można.

Co pan myśli o reakcji Zachodu?

– Jest podobna do tej, jaką mieliśmy na Ukrainie. Są różnego rodzaju rezolucje, deklaracje, oświadczenia. Podobnie było w 2014 r., ale kiedy Ukraina prosiła o broń do walki z Rosją, która sprowadziła do kraju swoje wojska, Zachód na to się nie zdecydował. Problem jest poważny, bo Białoruś nie jest dla Zachodu przedmiotem wielkiej polityki. To swego rodzaju strefa pośrednia dla wieloletnich relacji historycznych, przede wszystkim między Berlinem a Moskwą.

A wsparcie Putina?

– Putin nie popiera Łukaszenki, tylko realizuje swój plan dobrowolnego przystąpienia Białorusi do Rosji. Od razu jak tylko został prezydentem, miał plan dołączenia nas do ich państwa. I nigdy nie porzucił tej idei. Uważam, że istnieją dwie możliwości: pierwsza to okupacja hybrydowa – Białoruś znika i staje się dzielnicą północno-zachodnią Rosji, w której Łukaszenka wcieli się jedynie w rolę aktora i zemści się na wszystkich, którzy odważyli się z nim walczyć. Wtedy Białoruś zamieni się w czarną dziurę, gdzie będzie kręciła się kontrabanda, handel narkotykami... I to jest najbardziej opłacalna opcja dla Rosji.

A druga?

– Druga możliwość to wojna domowa. W ciągu ostatnich tygodni Łukaszenka kilkakrotnie „poprosił” Putina o wsparcie w walce z narodem. Ale nie możemy się poddawać. Wreszcie zwyciężymy ten reżim.

Czy pokojową drogą już się nie da wygrać?

– Myślę, że się da. Nasz reżim jest jak stal, która rdzewieje. Trwa korozja. Widzimy, ile osób z „pionu władzy” opuszcza system i staje po drugiej stronie. Oczywiście jest to długi proces, ale on może się wydarzyć. Na pewno będą straty i cierpienia. Ale one nie będą takie, jakie mogłyby być w przypadku wojny domowej.

Jak pan ocenia decyzję Maryi Kalesnikawej, która nie pozwoliła wyrzucić się z kraju i podarła swój paszport na granicy z Ukrainą?

– Ona jest niesamowita – to wszystko, co mogę powiedzieć. Gdybym był reżyserem i nakręcił film, to dzięki takiemu scenariuszowi  zostałbym milionerem. Teraz wielu mówi, że przez to, co zrobiła, zostanie liderem protestu i białoruskiej rewolucji. I niech tak się stanie, zasłużyła na to. Silna Maryja zasługuje na ogromny szacunek!

Czy było do przewidzenia, że odrodzenie narodu białoruskiego nastąpi tak szybko? Że Białorusini wrócą do  historycznych, dawno zapomnianych białoruskich symboli, biało-czerwono-białej flagi i herbu Pogoń?

– Pamiętam, że kiedy Adam Michnik przyjechał do Mińska, narzekałem, że on ma naród, który jest jasno określony, a ja go nie mam. Powiedział mi wtedy: „Przyjrzyj się uważnie, Uładzimir”. I rzeczywiście wtedy widział coś, czego ja i inni nie zauważyliśmy. A teraz ja też to widzę. Dziś nie sposób tego nie zobaczyć. I wierzę, że przyczyniła się do tego niezależność, nawet jeśli była fałszywa i pozorna. Nie taka, jaką sobie wymarzyliśmy. Ale ona była. Ludzie się do tego przyzwyczaili, mieliśmy poczucie kraju. I całe pokolenie siły protestu wyrosło z tym uczuciem. Wyrosło pokolenie, które nie zgadza się z tymi, którzy stworzyli to państwo. Na razie w całkowicie pokojowy sposób udowadnia, że władza nie ma racji, ale niedługo już zaczną prawdziwie walczyć, myślę, że są już na to gotowi.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.