Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pytanie o przywódcę powraca raz za razem. Setki tysięcy Białorusinów już od miesiąca na terenie całego kraju wychodzą na tłumne manifestacje, domagając się powtórki wyborów prezydenckich. Akcje trwają nieprzerwanie, jednak widocznego i niekwestionowanego przywódcy ten protest ciągle nie wyłonił. Nic też nie wskazuje na to, by w obecnej sytuacji ktokolwiek taki się pojawił.  

Liderzy są, ale trzyma się ich w więzieniu.

Łukaszenka wypala polityczne pole

Akcje protestu trwające nieprzerwanie od 9 sierpnia (ostatni dzień prezydenckiego głosowania i obwieszczenie sfałszowanych wyników) organizowane są za pośrednictwem internetu. Mają wspólny polityczny i organizacyjny scenariusz. Ich przebieg „na żywo” jest koordynowany za pośrednictwem komunikatora Telegram, a przebieg nagłaśniany przez popularne kanały Nexta, Białoruś Centralnego Mózgu, Mój Kraj Białoruś. Jednak ich administratorzy pozostają postaciami niemal anonimowymi i nie lansują siebie na klasycznych przywódców protestu. 

Kto, jak Igor Łosik, twórca popularnego kanału Białoruś Centralnego Mózgu, nie zdążył wyjechać za granicę, jest w więzieniu, reszta się ukrywa.

Ta sytuacja jest niezrozumiała dla zewnętrznych obserwatorów. Protesty są, liderów wciąż nie ma. Wydaje się, że to ślepa uliczka.

Jednak wbrew pozorom białoruska scena polityczna nie ma deficytu charyzmatycznych i odważnych przywódców. 

Nieugięty więzień Łukaszenki, 64-letni Mikałaj Statkiewicz, stojący na czele opozycyjnej socjaldemokratycznej Narodnej Hromady; organizator wielotysięcznych protestów 43-letni Pawieł Siewiaryniec, przewodniczący Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji, czy 42-letni Siarhiej Cichanouski, małżonek Swiatłany, popularny bloger i pomysłodawca zorganizowania po wyborach szerokiej, ogólnokrajowej akcji protestu mającej obalić reżim – każdy z nich jest rozpoznawalny, każdy ma autorytet. I żaden nie bał się rzucić wyzwania Łukaszence. Udowodnili też, że są w stanie wytrzymać presję ze strony reżimu.

Łączy ich jeszcze jedna rzecz – wszyscy trzej przebywają w więzieniach. Przy czym zostali aresztowani na długo przed wyborami, w czasie, gdy unijni dyplomaci jeszcze wychwalali wewnętrzną przemianę, jaką miał przechodzić Aleksander Łukaszenka, i jego rzekome dążenie do ograniczenia moskiewskich wpływów na Białorusi.  

Losy tych polityków pokazują, że reżim stara się działać z wyprzedzeniem i neutralizuje potencjalne zagrożenia w momencie, kiedy nie są one jeszcze dla wszystkich oczywiste.  

Będzie odwilż, pojawią się struktury

Jednak już kilkudniowa odwilż w dniach 13-19 sierpnia całkiem wystarczyła, by na terenie całego kraju powstały struktury koordynujące lokalne protesty. Zostały one wyłonione na wiecach i podejmowały pertraktacje z lokalnymi władzami. Koniec tej krótkiej odwilży spowodował, że w stronę tych osób posypały się pogróżki, zaczęły się areszty.

Większość z nich nie była przygotowana do takiej konfrontacji. W rezultacie wielu uciekło za granicę, wielu się ukrywa, inni zaś zostali aresztowani.   

W poniedziałek rano nieznani sprawcy w kominiarkach porwali Maryję Kalesnikawą, członkinię Rady Koordynacyjnej i ostatnią z trójki kobiet z połączonego sztabu Cichanouskiej i dwóch niedopuszczonych do wyborów kontrkadydatów Łukaszenki. Dwie pozostałe - Swiatłana Cichanouska i Wieranika Capkało - już od kilku tygodni są poza zasięgiem łukaszenkowskich służb. Zmuszono je do wyjazdu groźbami represji. Kalesnikawa oświadczyła zaś, że nie opuści kraju, wobec czego znalazła się na celowniku służb.  

Jej przypadek tylko potwierdza, że prawdziwą przyczyną braku liderów protestów nie jest  skłócenie, deficyt zdolnych działaczy czy polityczna naiwność Białorusinów, tylko brutalna rzeczywistość i represje ze strony służb specjalnych.

Więzi społeczne zamiast formalnych

Jak widać, brak spójnej struktury i rozpoznawalnych przywódców nie jest przeszkodą w organizowaniu ogólnokrajowych protestów. Mimo bezprecedensowej w historii kraju przemocy nie załamały się one i trwają nadal. To jest dowód na skuteczność tego modelu w obecnych białoruskich warunkach. 

W dodatku tworzy się swoista infrastruktura protestów. Swoje opozycyjne kanały w Telegramie mają już nie tylko poszczególne miasta, ale też poszczególne dzielnice - w ten sposób aktywizm schodzi do poziom miejsca zamieszkania. Obrazki z mińskich dzielnic, gdzie tłumy sąsiadów wychodzą przed bloki z biało-czerwono-białymi flagami, by na apel tych kanałów przenieść protest na swoje podwórka, pokazują, że zarysowały się już nie tylko wirtualne, ale też realne więzi społeczne.

Brak klasycznego dowództwa utrudnia zaś zwalczanie ruchu przez służby specjalne.

Można być jednak pewnym, że przy pierwszej nadarzającej się okazji więzi te sformalizują się w siłę polityczną. Jednak żeby było to możliwe, musi nastąpić polityczna odwilż. Bez niej białoruski protest będzie nadal nosił anonimowo-masowy charakter. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.