Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na Białorusi nie ustają powyborcze protesty i represje. Jednak w ostatnich dniach obywatele mają wiele okazji do sarkastycznego śmiechu.

W tym absurdzie widać żelazną konsekwencję reżimu

– Słyszałeś, w Mińsku OMON zatrzymał pandę - mówi znajomy.  

Oczywiście chodzi o protestujących. Pracownicy firm IT wyrażali poparcie dla aresztowanego właściciela firmy Pandadoc. Jeden był właśnie w kostiumie pandy. Został przez milicjantów wyśledzony (cóż może być łatwiejszego niż śledzenie pandy w mieście) i zatrzymany.  Filmik z tego wydarzenia stal się hitem na stronie komunikatora Telegram. 

OMON wkroczył też na plac zabaw w Mińsku - bo funkcjonariusze zobaczyli biało-czerwono-białe-wstążki (dawne narodowe barwy Białorusi, prezydent Aleksander Łukaszenka zastąpił je czerwono-zielonymi) powiązane na płocie przez dzieci. Całe podwórko ze zdziwieniem, a później i z rozbawieniem obserwowało, jak potężni mężczyźni w kominiarkach zrywali owe wstążki, stając się obiektem drwin. 

Niedaleko stacji metra Puszkinskaja milicjanci przez kilka godzin pilnowali stosu piasku wysypanego na miejscu śmierci Aleksandra Tarajkowskiego zastrzelonego w sierpniu w trakcie dławienia antyrządowych protestów. W ten sposób władze walczą z ludowymi sposobami upamiętniania jego śmierci. Sypią piasek i sól, pilnują porządku. Ale kiedy tylko znikają, miejsce jest znowu posprzątane, pojawiają się na powrót kwiaty i znicze.  

- Wkrótce czołgi tu postawią – żartują mińszczanie.

W mieście Żodzino OMON zaatakował plac zabaw, na którym przebywało kilkanaście matek z maleńkimi dziećmi. Powód? Biało-czerwono-biała flaga, którą miała jedna z nich - zgromadzenie potraktowano jako wiec. 

Jednak pojawienie się kilkunastu mężczyzn w kominiarkach nie wystraszyło kobiet, tylko je rozwścieczyło. W końcu omonowcy - ku zadowoleniu wszystkich - musieli się wycofać. 

OMON w akcjiOMON w akcji Fot. Dasha Sapranetskaya / AP Photo

Wszystkie te działania służb wyglądają na absurdalne i często słychać komentarze, że Aleksander Łukaszenka, wysyłając OMON do walki z każdym przejawem niezadowolenia społecznego, kompletnie „odleciał”, tracąc wszelki kontakt z rzeczywistością.

Jednak w tym absurdzie widać też żelazną konsekwencję reżimu. 

Szeroki wachlarz możliwości KGB

Przed 9 sierpnia Białoruś była krajem, w którym demonstrowanie niezadowolenia - nie mówiąc już o otwartej działalności opozycyjnej - było zakazane i pociągało za sobą niemal natychmiastowe retorsje. Wystarczyło udzielić wywiadu niezależnym mediom, napisać zbyt odważny post w sieciach społecznościowych, wziąć udział w akcji protestu, by służby zajęły się twoją osobą. 

Nie musiał to być od razu areszt. Po co? Można przecież wezwać delikwenta na rozmowę ze smutnymi panami, upomnieć w pracy, a urząd podatkowy może pogrozić palcem i obiecać, że zainteresuje się twoim biznesem bądź dochodami najbliższej rodziny. Wachlarz możliwości KGB jest dosyć szeroki.

Prowadzenie owych działań z ukrycia pozwalało przez lata twierdzić, że większość Białorusinów jest zadowolona z rządów Łukaszenki i generalnie nikt przy zdrowych zmysłach władzy nie podskakuje. A że Białorusini nie chcą rozmawiać o polityce? To nie znaczy, że się boją, po prostu mają taką tradycję powiązaną z mentalnością narodową.  

Głos Białorusinów denerwuje reżim nie mniej niż demonstracje

Kampania wyborcza, a zwłaszcza protesty po sfałszowaniu wyborów prezydenckich, wstrząsnęły krajem i społeczeństwem. Władza się zachwiała. Łukaszenka po raz pierwszy w ciągu 26 lat swoich rządów stracił pewność siebie.

To wystarczyło, by Białorusini, którzy przez lata milczeli, zaczęli wreszcie mówić. I właśnie to mówienie denerwuje władze nie mniej niż akcje protestu.

Przekonał się o tym ostatnio zwierzchnik Kościoła katolickiego na Białorusi, arcybiskup Tadeusz Kondrusiewicz, który nie został wpuszczony do kraju. Powód? Krytyczne wypowiedzi hierarchy na temat poczynań resortów siłowych.

Czy się wysyła OMON na plac zabaw, czy się nie wpuszcza arcybiskupa na Białoruś - władzy chodzi o to samo. Aleksander Łukaszenka chce, by kraj zamilkł. By znowu był słyszalny tylko jego głos. 

Zredukować przestrzeń wolności

Prezydent wierzy, że jeżeli uda się zmusić społeczeństwo do milczenia, to już niebawem i sami Białorusini, i Rosja, i Zachód znów uwierzą, że Łukaszenka jest wciąż najpopularniejszy i że nie ma dla niego alternatywy. 

Taki jest cel funkcjonariuszy MSW, gdy - nie zważając na drwiny i śmiech - prowadzą „opozycyjną pandę” do radiowozu. To nie jest „odlot”, utrata związku z rzeczywistością - to próba maksymalnej redukcji przestrzeni wolności. Bo tylko w ten sposób białoruski system może odzyskać wewnętrzną stabilność. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.