Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
embed

Na wieść o protestach na Białorusi pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy, był słynny dialog ze „Wspomnień Sherlocka Holmesa” Arthura Conana Doyle'a. Pochodzi z opowiadania zatytułowanego „Srebrny płomień” i rozgrywa się między Holmesem a inspektorem Gregorym.

Inspektor pyta Holmesa: „Czy jest jeszcze coś, na co pragnąłby pan zwrócić moją uwagę?”. Sherlock wspomina wtedy o „ciekawym incydencie z udziałem psa w nocy”. Gregory odpowiada: „Ale pies nic nie zrobił tamtej nocy.” Na co Holmes: „I to jest właśnie dziwne”.

Choć jednym z zarzutów wobec Aleksandra Łukaszenki jest to, że jego rząd nie poradził sobie z pandemią koronawirusa, to zaskakująco mało się o tym mówi. W tym miejscu można by sparafrazować dialog Holmesa. Proszę wyobrazić sobie dziennikarza, który pyta eksperta od Białorusi: „Czy coś zwraca pana uwagę w związku z protestami w Mińsku?”. Ekspert odpowiada: „Tak, ten dziwny incydent związany z koronawirusem na dużym placu”. Dziennikarz: „Ale tam prawie nikt nie mówi o koronawirusie”. „I to jest właśnie dziwne”.

Mińsk – nowy Kijów

To, co łączy Łukaszenkę i protestujących, to brak zainteresowania koronawirusem. Protestujący w Mińsku zdają się nie dbać o to, by zachować pomiędzy sobą konieczny dystans, a do tego mało kto z nich nosi maski. Łukaszenka zaś wielokrotnie wyrażał pogardę wobec wszelkich środków ostrożności – dość wspomnieć, że pozwolił 8 maja na organizację wielkiej parady zwycięstwa (należy jednak mimo wszystko zauważyć, że epidemia nęka Białoruś na mniejszą skalę niż kraje sąsiednie).

Nic więc dziwnego, że miłujący wolność liberałowie cieszą się z wydarzeń na Białorusi, gdzie nawet zagrożenie wirusem nie powstrzymało ludzi od udziału w starej, dobrej demonstracji. Przynajmniej na krótką chwilę epidemia została zepchnięta na drugi plan i znaleźliśmy się w znanej nam scenerii ruchu wolnościowego – ruchu, który „obala ostatniego dyktatora Europy”. Mińsk został przedstawiony jako nowy Kijów – miasto kolejnej obywatelskiej rewolucji, która obala reżim.

Pokojowy protest kobiet przeciwko przemocy reżimu - po sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborach prezydenckich. Mińsk, 13 sierpnia 2020Pokojowy protest kobiet przeciwko przemocy reżimu - po sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborach prezydenckich. Mińsk, 13 sierpnia 2020 Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

A jednak ten radosny entuzjazm dla demokracji odsłania jej własną ślepą uliczkę. Oczywiście powinniśmy poprzeć te protesty: Łukaszenka jest ekscentrycznym autorytarnym przywódcą, nieco żałosną postacią, która rządzi państwem żelazną ręką, aresztując przeciwników i ograniczając wolność prasy.

Ale nie można go zbyć jako nieudacznika.

Obalić – i co potem?

W swoim artykule „Zanikający model biznesowy Łukaszenki” moskiewski dziennikarz „Der Spiegel” Benjamin Bidder pisze, że Białoruś osiągnęła w ostatnich latach skromny dobrobyt, i że już samo to wystarczyło, aby Łukaszenka cieszył się względną popularnością, nawet w sąsiednich krajach. Jednak teraz jego model ekonomiczny wpadł w tarapaty.

Udało mu się doprowadzić do stabilności gospodarczej, a dochód na głowę mieszkańca jest znacznie wyższy niż na „wolnej” Ukrainie, co więcej – był rozdzielany znacznie sprawiedliwiej; Łukaszenka pilnował, by poszczególnym lokalnym oligarchom nie przypadło zbyt wiele władzy i wpływów. Jednak jedno z jego najbardziej dochodowych przedsięwzięć – odsprzedaż taniej ropy z Rosji na Zachód – skończyło się z powodu spadających cen ropy, i w ten sposób również jego czas na czele reżimu dobiegł końca.

Trwające na Białorusi protesty są protestami aspiracyjnymi, protestami nadrabiania zaległości. Mają na celu przekształcenie Białorusi w liberalno-kapitalistyczne normalne państwo Zachodu. Jednocześnie jednak problemy, z którymi borykają się dziś kraje zachodnie, są w tej diagnozie ignorowane.

Można się zdobyć na tezę, że w przypadku pomyślnego wyniku protestów te właśnie problemy wypłyną na światło dzienne natychmiast, gdy tylko skończy się rewolucyjna euforia. I nie można wykluczyć, że na koniec protestów ujawni się nowa, jeszcze mocniej narodowo-konserwatywna postać od Łukaszenki, będąca białoruską wersją Orbána czy Kaczyńskiego.

W tym miejscu należy rozważyć przyczynę względnej popularności Łukaszenki. Był tolerowany – wręcz akceptowany – w niektórych kręgach właśnie dlatego, że twierdził, iż oferuje „bezpieczną przystań przed wypaczeniami liberalnego kapitalizmu”. Dziś nie ma wątpliwości, że znaczna większość narodu chce się po prostu pozbyć tyrana.

Problemy się zaczynają, gdy naród wygrywa ze złą władzą – bo przeciwko komu pozostaje wtedy protestować w demokratycznym państwie? Tam, gdzie nie ma już wyraźnie rozpoznawalnego tyrana, istnieje silna pokusa, by pójść w poszukiwania niewidzialnego lalkarza, który rzekomo pociąga za sznurki (jak zwykle bywa – „Żyda”, który rzekomo kieruje „państwem w państwie”).

Pseudonim Łukaszenki wśród jego zwolenników to „Baćka” (ojciec).

Na myśl przychodzi tytuł jednego z bardziej znanych seminariów Jacques'a Lacana: „...ou pire” (lub gorzej). Lacan odwołuje się tu do sformułowania „Le père ou pire” (ojciec lub nawet gorzej), w którym w kontekście antypatriarchalnych buntów daje ukryte ostrzeżenie: na końcu zawsze może się wyłonić gorszy przywódca od dopiero co zdetronizowanego patriarchy.

Achilles i żółw

Protesty, które wpędzają świat w chaos w ostatnich latach, poruszają się między dwoma biegunami. Z jednej strony mamy protesty aspiracyjne, w których chodzi o nadrabianie różnego rodzaju dystansów względem modelowego Zachodu. Protesty te – jak w Hongkongu czy Mińsku – cieszą się poparciem liberalnych mediów zachodnich. Z drugiej strony mamy o wiele bardziej niepokojące ruchy skierowane przeciwko ograniczeniom samego projektu liberalno-demokratycznego: francuskie „żółte kamizelki”, Black Lives Matter, Extinction Rebellion...

Relacja między nimi przypomina znany od starożytności paradoks Achillesa i żółwia. W wyścigu Achilles daje żółwiowi przewagę, powiedzmy, 100 metrów. Po pewnym czasie Achilles pokona te 100 metrów, co doprowadzi go do punktu, w którym żółw rozpoczął wyścig. W tym czasie żółw pokona znacznie krótszy dystans – powiedzmy dwa metry. Achilles musi znowu pokonać tę niewielką odległość, ale żółw zrobi w tym samym czasie pewien postęp. I gdy Achilles będzie docierał do jego punktu, żółw znów będzie się poruszał.

Oznacza to, że za każdym razem, gdy dotrze do punktu, w którym żółw już był, Achilles będzie miał jeszcze kawałeczek do przejścia, zanim dotrze do żółwia... Nasuwa się więc wniosek: Achilles nigdy nie dotrze do tego samego punktu co żółw – choć wiemy, że może go wyprzedzić.

Dokąd zmierza wymarzony Zachód

Teraz zamiast Achillesa wystawmy do wyścigu „demokratyczne powstania”, a zamiast żółwia – ideał „liberalnego demokratycznego kapitalizmu”. Wkrótce stanie się jasne, że większość krajów nie może się zbliżyć wystarczająco blisko do tego ideału i że ich niepowodzenie w jego osiągnięciu stanowi obecna słabość światowego systemu kapitalistycznego jako takiego. Jedyne, co zostało tym krajom, to ryzykowny manewr wyprzedzania, który oczywiście niesie ze sobą zagrożenia.

Trzeba też przyznać, że choć niektórzy nadal protestują na rzecz demokracji i chcą wreszcie dołączyć do liberalno-kapitalistycznego Zachodu, to istnieją już pewne przesłanki, by sądzić, że ów wymarzony Zachód sam zmierza ku nowej erze – zarówno gospodarczej, jak i politycznej – którą można określić jako postkapitalistyczną, postliberalną i dystopijną.

Grecki ekonomista celebryta Janis Varoufakis zauważył ostatnio, co nas czeka: podczas gdy Stany Zjednoczone i Wielka Brytania zmierzają ku głębokiej recesji, odnotowujemy nowe rekordy na giełdach. Chociaż częściowo można to tłumaczyć prostymi faktami (rekordowe notowania wynikają w dużej mierze z sukcesów poszczególnych przedsiębiorstw, takich jak Google czy Tesla), to jednak jasne jest, że przepływy finansowe i spekulacje zostały jeszcze bardziej oddzielone od czynników, takich jak produkcja i zysk. Jednym z jaskrawych przykładów jest Netflix: firma wciąż przynosi straty, ale nadal się gwałtownie rozwija. Właściwe pytanie, przed którym teraz stoimy, brzmi: w jakim postkapitalizmie chcemy żyć?

Jeśli chodzi o samą demokrację, to wystarczy tylko przyjrzeć się nagłówkom w mediach. W Polsce liberałowie narzekają na dekonstrukcję demokracji, oglądając ją bezradnie, zdegradowani do poziomu pasywnych obserwatorów. W Stanach Zjednoczonych Obama i Demokraci stale ostrzegają, że Trump stanowi zagrożenie dla demokracji, podczas gdy ten ostatni zaznacza, że nie zaakceptuje wyniku wyborów, jeśli nie zostaną rozstrzygnięte na jego korzyść. Jaka tu różnica z Łukaszenką?

Życzmy protestującym na Białorusi szczęścia: jeśli wygrają, z całą mocą wrócą obawy związane nie tylko z koronawirusem, ale też z innymi palącymi problemami, takimi jak zmiany klimatu i nowy rodzaj strukturalnego ubóstwa. Będą więc potrzebować zarówno szczęścia, jak i odwagi.

tłum. Michał Kokot

embed
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.