Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gdyby nie brutalne represje białoruskiego reżimu, które po sfałszowanych wyborach prezydenckich spadły na uczestników antyłukaszenkowskich demonstracji w Mińsku i innych miastach, o sprawie można by powiedzieć, że jest komiczna...

"Jasno potępiamy  blokowanie dostępu do internetu przez władze Białorusi. To niedopuszczalne, by zmuszać do tego operatorów telekomunikacyjnych" – czytamy w oświadczeniu rządu w Wiedniu skierowanym do austriackich mediów. Wystosowano je po zajściach tuż po wyborach prezydenckich 9 sierpnia, gdy reżim prezydenta Aleksandra Łukaszenki, chcąc zdławić przybierające na sile protesty, odciął kraj od internetu.

Problem w tym, że do owej blokady rękę przyłożyła  potępiająca to posunięcie Austria. Do austriackiego państwa należy bowiem 28 proc. udziałów w koncernie telekomunikacyjnym A1 Telekom. Ten zaś jest właścicielem koncernu A1 Belarus, który w liczącej niespełna 10 mln mieszkańców Białorusi ma prawie 5  mln klientów.

„Działamy zgodnie z białoruskim prawem”

A tymczasem na Białorusi 30 sierpnia znowu zaczęto ograniczać dostęp do sieci.

"Na polecenie instytucji państwowych zmniejszyliśmy przepustowość połączeń internetowych na obszarze Mińska. To doprowadziło do pogorszenia jakości przesyłania danych lub do tymczasowego braku dostępu do usług" – czytamy w komunikacie A1 Belarus na Twitterze.  

Koncern tłumaczy oburzonym austriackim dziennikarzom, że „działa zgodnie z białoruskim prawem”. Padają też argumenty, że i w Austrii w określonych sytuacjach można ograniczyć dostęp do internetu.

Tyle że w Austrii podobne sytuacje są ściśle określone przez prawo, a rząd mógłby sięgnąć po takie środki, uzyskawszy uprzednio zgodę sądu. Na Białorusi zaś decyzje podejmuje władza i nikomu się z nich nie tłumaczy.

Białoruskie służby biorą dane, skąd tylko chcą

Dziennik „Wiener Zeitung” pisze, że białoruskie władze inwigilują klientów A1 Belarus i że wykorzystują ich dane do nasilania represji.

– Zaprzeczamy informacjom o przekazywaniu władzom danych przeciwników reżimu lub uczestników demonstracji – mówi „Wiener Zeitung” rzecznik A1 Telekom.

Ale cytowani przez gazetę eksperci twierdzą, że danych wcale nie trzeba przekazywać, bo białoruskie służby biorą je same.

Koncern twierdzi również, że działa zgodnie z prawem, a policja czy służby specjalne mają dostęp do danych klientów telefonii komórkowej w krajach Europy. Tyle że na Białorusi służby robią to poza kontrolą. 

"A1 Białoruś jest w najwyższym stopniu zainteresowana tym, by oferować nieprzerwanie usługi internetowe. Jest świadome swojej roli jako największego alternatywnego operatora telekomunikacyjnego i wspiera wolność słowa, rozwój gospodarczy oraz digitalizację Białorusi. Musimy jednak trzymać się obowiązujących przepisów, by uniknąć negatywnych konsekwencji dla naszych klientów i współpracowników" – głosi oświadczenie koncernu przesłane do redakcji dziennika „Der Standard”.

Austria silna na Białorusi

Austriackie firmy to drugi co do wielkości inwestor na Białorusi.

Oprócz A1 Telekom działa tam m.in. koncern ubezpieczeniowy Vienna Insurance Group, bankowy Raiffeisen i specjalizujący się w telematyce koncern Kapsch.

– Austria nigdy nas o nic nie oskarżała – mówił rok temu prezydent Aleksander Łukaszenka podczas wizyty w Wiedniu. Była to jego pierwsza oficjalna podróż do kraju Unii Europejskiej, odkąd w 1994 r. przejął stery białoruskiego państwa.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.