Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białorusini, mimo zatrzymań, do których doszło podczas wtorkowych demonstracji studentów, nie ustają w protestach, choć białoruskie władze robią wszystko, by ich do tego zniechęcić.

Według oficjalnych informacji MSW Białorusi podczas wtorkowych protestów w całym kraju zatrzymano 128 osób, zaś w samym Mińsku – 95, wśród nich znalazło się 30 studentek i studentów. „39 z nich przebywa w areszcie do rozpatrzenia sprawy przez sąd” - czytamy na oficjalnej stronie MSW.

Centrum Ochrony Praw Człowieka „Wiasna”, któremu białoruskie władze odmówiły rejestracji, informuje, że część zatrzymanych została już osądzona i skazana na od 5 do 15 dni pozbawienia wolności. Do kolejnych zatrzymań doszło wczoraj przed uniwersytetem lingwistycznym w Mińsku. Z relacji niezależnego kanału Nexta w internetowym komunikatorze Telegram wynika, że funkcjonariusze OMON-u zatrzymali kilku uczestników akcji solidarności, która rozpoczęła się tam przed południem.

Represje wobec dziennikarzy

W mińskich aresztach do tej pory przebywają zatrzymani dzień wcześniej dziennikarze, m.in. redakcji TUT.BY, "Komsomolskiej Prawdy" i redakcji Biełapan. Sześcioro z nich zatrzymano we wtorek ok. godz. 17 podczas relacjonowania studenckich protestów pod pozorem „konieczności sprawdzenia dokumentów”. Dokumenty sprawdzano także dziennikarzowi prokremlowskiej redakcji Ria Nowosti. W odróżnieniu od pozostałych opuścił on komisariat milicji po niespełna godzinie bez protokołu i jakichkolwiek zarzutów. Pozostałym dziennikarzom białoruskie służby zarzucają udział w nielegalnym zgromadzeniu. W ich przypadku nie ma jednak na razie mowy o szybkim procesie. Kanał Nexta informuje, że sprawa dziennikarzy wymaga „dokładniejszego zbadania”, reporterzy zgodnie z białoruskim prawem mogą być przetrzymywani w komisariacie do 72 godzin.

 „To pogwałcenie przepisów. Żądamy natychmiastowego uwolnienia zatrzymanych dziennikarzy”, - apeluje Białoruski Związek Dziennikarzy. Do apelu przyłączyła się także Maryja Kalesnikawa, szefowa sztabu Wiktara Babaryki, która pojawiła się w środę przed siedzibą mińskiego komisariatu, by wesprzeć zatrzymanych dziennikarzy. „To świadectwo braku respektowania konstytucji. Niewyobrażalny nacisk sprowadzający się do zakazu wykonywania zawodu” - mówiła portalowi TUT.BY.

Inny niezależny kanał w Telegramie - Motol'kopomogi - poinformował wczoraj także o rewizji w siedzibie firmy IT PandaDoc, którą przeprowadzać mieli w cywilu pracownicy departamentu śledztw finansowych. Informację potwierdził właściciel firmy Mikita Mikado.

Biznesmen zasłynął ostatnio m.in. dzięki proponowaniu wsparcia finansowego wszystkim funkcjonariuszom struktur siłowych decydującym się na „przejście na stronę ludzi” i odejście z pracy. Na Facebooku Mikado deklarował, że otrzymał już prawie 600 zgłoszeń od siłowików, którzy chcą odejść z pracy, pod warunkiem otrzymania wsparcia materialnego.

W wypowiedzi dla portalu TUT.BY Mikado powiedział, że środowe zajście świadczy prawdopodobnie o próbie wszczęcia przeciwko niemu postępowania karnego na podstawie art. 243 białoruskiego kodeksu karnego („uchylanie się od płacenia podatków”). Osobom naruszającym ten paragraf grozi nawet pięć lat pozbawienia wolności.

- Pracujemy uczciwie. Nie łamaliśmy żadnych przepisów. Działania władz to represje polityczne - komentuje Mikado, który przebywa obecnie w Londynie. W Mińsku zatrzymany został dzisiaj jeden z jego współpracowników, Wiktor Kuwszin, menedżer Panda Doc. Ze słów jego żony wynika, że Kuwszina zabrało z domu czterech nieumundurowanych mężczyzn i od tego czasu nie ma z nim żadnego kontaktu.

Coraz mniej aktorów

W Mińsku trwa także protest aktorów Teatru im. Kupały, z którego zwolniło się kolejnych sześciu aktorów. Oznacza to, że liczba pracowników teatru spadła do 15. To efekt sierpniowego apelu dyrektora Pawła Łatuszki oraz pozostałych pracowników teatru, by zatrzymać przemoc wobec osób protestujących oraz przeliczyć uczciwie głosy oddane w wyborach prezydenckich.

Łatuszko - zwolniony dzień po tej deklaracji - przebywa obecnie w Polsce. Według pierwszego programu białoruskiej telewizji rządowej został przewieziony przez granicę „w bagażniku polskiego ambasadora”. Sam Łatuszko tej informacji zaprzecza i zapowiada powrót na Białoruś w najbliższym czasie, po Forum Ekonomicznym w Karpaczu i spotkaniach z parlamentarzystami w Wilnie.

Białoruskie władze nie mogą się też pogodzić z obecnością biało-czerwono-białych flag w przestrzeni miejskiej. Jak informuje portal TUT.BY, od rana są na mińskich osiedlach zdejmowane przez wyposażonych w sprzęt do wspinaczki siłowików.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.