Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Otworzyli swoje iPhone'y, telefony i cały czas w nie patrzą. Powstaje iluzja jakiegoś innego życia. W efekcie część naszych ludzi trafiła do tego iluzorycznego świata - oburza się Aleksander Łukaszenka. Właśnie uwięzieniem społeczeństwa w wirtualnej rzeczywistości tłumaczy utratę swoich zdolności porozumiewania się z białoruskim społeczeństwem. Łukaszenka szczerze nienawidzi internetu, jego trudnego do opanowania żywiołu, braku mechanizmów kontroli i decentralizacji jego użytkowników. Wielokrotnie demonstrował swoją pogardę do sieci, nazywając ją śmietnikiem, wyśmiewając korzystających z niej i od niej uzależnionych.

- Nie jest sprawą prezydenta bawić się paluchem na ekranie iPhone'a – wyznał kiedyś.

Efektem tej niechęci do nowych technologii jest to, że Łukaszenka nie ma oficjalnych profili w żadnym z popularnych na Białorusi serwisów społecznościowych. Sygnał idący z góry został należycie odczytany przez aparat państwowy. Białoruscy urzędnicy przez lata prześcigali się w pogardzaniu takimi serwisami, wyśmiewaniu opinii popularnych w białoruskim internecie.

- Strasznie potępiam te wszystkie serwisy społecznościowe, nie rozumiem, jak można wirtualnie zaprzyjaźnić się z tysiącami ludzi i opowiadać im wszelakie bzdety – mówiła jedna z architektek wyborczych zwycięstw Łukaszenki, wieloletnia szefowa białoruskiej Centralnej Komisji Wyborczej Lidzija Jarmoszyna. Podkreślała, że nigdy nie będzie prowadziła żadnego bloga, bo w internecie popularność może zdobyć "każda miernota".

Jak Łukaszenka chciał ujarzmić internet

Jednak ta demonstracyjna niechęć, nienawiść i pogarda nie powinny nas zmylić. Aleksander Łukaszenka dosyć wcześnie zrozumiał siłę i znaczenie internetu. Podejmował też próby jego podbicia.

„Trzeba skończyć z anarchią w internecie”, „Musimy wprowadzić rejestracje internetowych mediów”, „Trzeba stworzyć potężny państwowy portal odwiedzany przez setki tysięcy użytkowników” – to wszystko cytaty Łukaszenki sprzed kilkunastu lat. Za tymi zapowiedziami stoją działania i wysiłek podejmowany przez cały aparat państwowy. W 2008 r. powołana została nawet przy prezydencie służba specjalna o nazwie Centrum Operacyjno-Analityczne, której zadaniem był m.in. nadzór nad internetem. Jednak lata płynęły, a w sieci zwolennicy Łukaszenki jak byli, tak i pozostawali marginesem. Nie zmieniał się też publiczny stosunek Łukaszenki do internetu. Był on nadal traktowany jako wrogi żywioł.

Za tą niechęcią i demonstracyjną pogardą kryje się wściekłość. Łukaszenka dobrze zdaje sobie bowiem sprawę, że w internecie poniósł dotkliwą porażkę.

- Słyszę zarzuty, że Łukaszenka i państwo przegrali bitwę w internecie. Przypomnijcie, co mówiłem: Państwo to my. My nigdy nie wygramy tej bitwy w internecie, bo nie możemy zejść na poziom bulwarowej prasy - mówił blady i ociekający potem Łukaszenka cztery dni przed decydującym głosowaniem w wyborach prezydenckich, zwracając się do sali wypełnionej najważniejszymi urzędnikami w kraju.

Sieć obnażyła prymitywizm dyktatora

W mediach czasem można było przeczytać zachwyty nad sprawnością Łukaszenki i jego nadzwyczajnymi zdolnościami: „idealny dyktator”, self-made man itd. Tymczasem stosowane przez niego metody zarządzania, walki o władzę i budowania własnego wizerunku zawsze były dosyć prymitywne. Podstawą były represje i totalna kontrola pomnożone przez jego pamiętliwość i mściwość. Z tradycyjnym rynkiem medialnym Łukaszenka łatwo sobie poradził. Telewizje i radio podporządkował, niezależne gazety pozamykał, a tym, którym pozwolił istnieć, wyraźnie określił pole, na którym mogą się poruszać. Debaty polityczne zastąpił własnymi wielogodzinnymi monologami, w trakcie których mówił czasem rzeczy diametralne sprzeczne. Ale kto to mu wytknie, jeżeli ma monopol na przekaz medialny?

Satrapa Białorusi Aleksander Łukaszenka wizytuje swoich oficjalnych pałkarzy. Koszary OMON, Mińsk, 21 sierpnia 2020Satrapa Białorusi Aleksander Łukaszenka wizytuje swoich oficjalnych pałkarzy. Koszary OMON, Mińsk, 21 sierpnia 2020 Fot. Andrei Stasevich/AP

Łukaszenka był totalny, jego głos rozbrzmiewał ze wszystkich telewizji, stacji radiowych. Podobizna prezydenta spoglądała na Białorusinów ze wszystkich gazet. Jednocześnie jego krytycy byli marginalizowani, pozbawiani pracy, wypychani z kraju. Presja wywierana na społeczeństwo pozwalała Łukaszence latami przekonywać siebie, Białorusinów i cały świat o własnej niebywałej popularności. Jednak wszystko się rozbijało o internet. Tam zwolenników Łukaszenki niezmiennie brakowało. Tak było dziesięć lat temu. Tak jest teraz.

W internecie, gdzie nie ma miejsca na trwający kilka godzin monolog, gdzie trzeba mieć argumenty, by przekonać do siebie audytorium, gdzie ceni się poczucie humoru i zdolność do celnej riposty, Łukaszenka okazał się mało sprawnym emerytem, który łatwo się obraża i denerwuje. Dbający o swój wizerunek postępowego modernizatora prezydent (wystarczy wspomnieć jego pomysły związane z kryptowalutami i elektrycznymi samochodami) nagle okazał się niezdolny do zmian. Nie zechciał zejść z postumentu, na który wlazł jeszcze w latach 90. Nie chce słuchać społeczeństwa, nie chce zrozumieć, że już nie odzwierciedla jego uczuć i pragnień.

Koniec marki "Łukaszenka"

Epoka analogowa zmieniła się w epokę cyfrową. Internet wszędzie wywarł wpływ na kampanie wyborcze i sposób komunikowania się polityków ze społeczeństwem. Dziś polityk w żadnym państwie nie może sobie pozwolić na przegraną w internecie, bo za nią idzie nieunikniona przegrana w realu. Białoruś tu nie jest żadnym wyjątkiem.

Wczoraj Aleksander Łukaszenka apelował do „przypadkowo spotkanej” w trakcie oficjalnej wizyty w Baranowiczach niewielkiej grupki swoich zwolenników składającej się wyłącznie z kobiet w wieku emerytalnym, by nie tylko z internetu czerpali wiedzę o tym, co się dzieje w kraju.

- A my tam w ogóle nie wchodzimy - odpowiedziała jedna z nich.

Łukaszenka w ten sposób pozostał bohaterem epoki analogowej. W erze cyfrowej jest bez szans. I tak jak kiedyś kasety magnetofonowe ustąpiły miejsca płytom CD, a CD są wypierane przez MP3 i streaming, tak i Łukaszenka musi ustąpić miejsca komuś nowemu. Owszem, mając wsparcie Władimira Putina i własnego aparatu siłowego, ten proces można rozciągnąć w czasie, ale odwrócić czy zatrzymać tej tendencji już się nie da. Termin ważności politycznej marki „Łukaszenka” już się skończył. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.