Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilkuset studentów wyszło na ulice Mińska we wtorek, domagając się zwolnienia więźniów politycznych oraz oddania władzy przez Aleksandra Łukaszenkę. Wielu trzymało w rękach biało-czerwono-białe flagi Białorusi zabronione przez władze. Milicja spacyfikowała protestujących, gdy ci podchodzili pod plac Niepodległości, gdzie znajduje się pałac prezydencki. Kilkadziesiąt osób zostało zatrzymanych.

Wtorkowy protest studentów w Mińsku spacyfikowała milicja. Kilkadziesiąt osób zostało zatrzymanychWtorkowy protest studentów w Mińsku spacyfikowała milicja. Kilkadziesiąt osób zostało zatrzymanych AP

Podczas relacji z protestu studenckiego siły bezpieczeństwa zatrzymały też kilku dziennikarzy - serwisu Tut.by, Komsomolskiej Prawdy na Białorusi oraz korespondenta RIA Novosti. Dziennikarze zostali przewiezieni na komisariat w celu "sprawdzenia akredytacji". Ale w rzeczywistości uniemożliwiono im w ten sposób relacjonowanie wydarzeń w Mińsku.

Do wtorkowych protestów studentów dołączyły dwie duże fabryki traktorów oraz pracownicy parku technologicznego na przedmieściach Mińska. Łukaszenka we wtorek odniósł się do demonstracji na spotkaniu z uczniami jednej ze szkół zawodowych na południu Białorusi.

- Lato pełne wrażeń już się skończyło. Teraz pora na to, by skierować działania na bardziej twórczą ścieżkę - stwierdził.

Opozycja zawiązuje nową partię

Do bojkotu otwarcia roku akademickiego, który na Białorusi rozpoczyna się na początku września, wezwała Swiatłana Cichanouska, kontrkandydatka Aleksandra Łukaszenki w sierpniowych wyborach prezydenckich. Według oficjalnych statystyk rządzący od 26 lat Białorusią prezydent miał zdobyć ponad 80 proc. poparcia, Cichanouska zaś - tylko nieco ponad 10 proc. Przebywająca obecnie na Litwie Cichanouska stwierdziła, że bojkot studentów 1 września jest potrzebny, "by także młodzi ludzie pokazali, że nie są obojętni na sytuację w kraju".

W poniedziałek opozycja zapowiedziała powołanie nowej partii politycznej. Na opublikowanym tego dnia nagraniu deklarację taką złożył Wiktar Babaryka, opozycyjny kandydat na prezydenta, który krótko przed wyborami został wsadzony do więzienia za rzekome malwersacje finansowe. Babaryka zapowiada "kontynuację naszej walki, ale w zorganizowanej formie", jaką miałaby być "partia lub ruch obywatelski". W dalszej części nagrania zapowiedź rejestracji partii o nazwie Razem złożyła stojąca na czele jego sztabu wyborczego Maria Kolesnikowa.

- W ciągu ostatnich trzech miesięcy wszyscy razem zrobiliśmy więcej niż przez ostatnie 26 lat. Razem broniliśmy naszych głosów, razem walczyliśmy i będziemy walczyć za wolność i naszą przyszłość - deklaruje Kolesnikowa, która mówi o "nowych wyzwaniach", jakie stoją przed Białorusią. - Kraj znajduje się w kryzysie polityczno-ekonomicznym i my razem wiemy, jak z tego kryzysu wyjść.

Odpowiedź na sankcje? Rosyjskie porty

Łukaszenka nazwał protestujących przeciwko niemu "szczurami" i stwierdził, że są opłacani przez zagranicę. Z powodu brutalnego rozpędzania demonstracji oraz sfałszowania wyborów sankcje na Białoruś nałożyły Litwa, Łotwa i Estonia. Do tych trzech krajów nie będą wpuszczani ani Łukaszenka, ani jego licząca 29 osób świta. Nad podobną listą pracować ma również Unia Europejska, jednak wyłączony z niej zostanie prezydent Białorusi.

Możliwość nałożenia sankcji na Białoruś rozważają też Stany Zjednoczone. Sankcje dotyczyć mają siedmiu wysokich rangą Białorusinów, którzy są zamieszani w fałszowanie wyników wyborów.

Trzy bałtyckie kraje zapowiedziały również, że nie będą więcej korzystać z przesyłu energii z Białorusi, w tym pochodzącej z niedawno wybudowanej elektrowni jądrowej. W odpowiedzi Łukaszenka stwierdził zaś, że jego kraj zrezygnuje z transportu towarów w bałtyckich portach i zamiast nich wybierze rosyjskie, nawet "jeśli ma to więcej kosztować".

Władze Białorusi negocjowały we wtorek restrukturyzację długu wobec Rosji wartości miliarda dolarów, ale szczegóły są na razie owiane tajemnicą. Rządowa agencja Bielta cytowała jedynie Łukaszenkę, który nazwał Putina "swoim bratem". Miał stwierdzić też, że będzie walczył o to, by chronić "wspólną ojczyznę, rozciągającą się od Brześcia po Władywostok". Nie jest jasne, czy i na jakie ustępstwa zgodził się wobec Rosji, by ratować władzę. Łukaszenka od 2000 r., gdy została podpisana umowa o powołaniu Związku Białorusi i Rosji, opiera się unifikacji obydwu krajów.

Obejdzie się bez interwencji?

Wiele wskazuje na to, że mimo kontynuacji protestów oddala się widmo interwencji zbrojnej ze strony wschodniego sąsiada Białorusi. Na prośbę Łukaszenki Rosja miała sformować specjalną jednostkę mająca "pomóc ustabilizować sytuację w kraju". Zarówno Łukaszenka, jak i Putin zgodnie stwierdzili jednak, że na razie nie ma takiej potrzeby, aby "należało jej użyć".

Zastępca sekretarza stanu USA Stephen Biegun stwierdził w ubiegłym tygodniu, że ewentualna rosyjska interwencja na Białorusi byłaby "wysoce niepożądana". Jednocześnie przyznał, że "nic nie wskazuje na to, aby miało do niej dojść".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.