Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruski OMON wczoraj późnym wieczorem rozpędził wiec opozycji na Placu Niepodległości w Mińsku. Zatrzymano co najmniej 17 osób. Jest to pierwsza taka pacyfikacja od 13 sierpnia, kiedy pogotowie strajkowe w największych białoruskich zakładach pracy zmusiło Łukaszenkę do złagodzenia kursu wobec trwających na terenie całego kraju protestów.

Urzędnicy i milicja zostały przy Łukaszence

Atak służb specjalnych na wiec w Mińsku nie był odosobnionym działaniem, informacje o narastaniu presji dochodzą z całego kraju. Dwa dni temu w Grodnie protestujący zostali zepchnięci z centralnego placu Lenina. Władza ogrodziła go barierami i od tamtej pory nie pozwala tam na żadne akcje protestacyjne. Wczoraj informacje o zatrzymaniach za udział w wiecach, wezwaniach na przesłuchania czy próbach zastraszeń przez „nieznanych sprawców w cywilu” napływały z całej Białorusi.

Nie pozostawia to żadnych wątpliwości – Aleksander Łukaszenka przypomina teraz boksera, który już leżał na deskach i był liczony, ale zdołał się zregenerować i czas pracuje na jego korzyść. Z każdym kolejnym dniem odzyskuje bowiem dawne siły.

Na razie działa ostrożnie. Milicja i OMON pamiętając o fali oburzenia, którą wywołała przemoc, nie biją protestujących. Jednak lojalność aparatu, brak wyłomów wśród piramidy urzędniczej oraz wsparcie, którego Łukaszence w krytycznym momencie udzieliła Rosja, spowodowały, że wiara w możliwość zwycięstwa prysła. To właśnie dlatego na ulice białoruskich miast zamiast tysięcy wychodzą już tylko setki protestujących.

Rada Cichanouskiej spróbuje odwołać posłów

Nie można wykluczać, że w najbliższą niedzielę protesty znów będą liczne. Jednak będzie to już tylko pojedyncza udana akcja protestu, która raczej nie odwróci tendencji spadkowej. Zapewne zdając sobie sprawę z tych nastrojów, opozycyjna Rada Koordynacyjna zainicjowała rozpoczęcie procedury odwoływania deputowanych białoruskiego parlamentu w związku z niepodjęciem przez nich żadnych działań w obronie pobitych i torturowanych przez służby specjalne Białorusinów.

W Mińsku taką procedurę rozpoczęto wobec 20 posłów z 110-osobowej Izby Reprezentantów. Wygląda na to, że jest to próba znalezienia nowej, bezpieczniejszej formy protestu. To próba wykorzystania istniejących dotąd tylko na papierze zapisów białoruskiego systemu wyborczego, zgodnie z którymi wyborcy rozczarowani postawą swego deputowanego mogą go odwołać. Wystarczy zebrać podpisy 20 proc. wyborców zamieszkujących dany okręg wyborczy i władza musi zorganizować w tym okręgu głosowanie nad wotum zaufania dla konkretnego deputowanego. Jeżeli nie uzyska poparcia większości, jest odwołany.

Nadciągają polityczne mrozy

Kiedyś Łukaszenka wprowadził taką procedurę do kodeksu wyborczego, by mieć instrument do kontroli lojalności deputowanych. Teraz Rada Koordynacyjna chce ją wykorzystać przeciw jego ludziom. Jako nowa forma protestu to się na razie sprawdza: ludzie chętnie podpisują się przeciwko deputowanym, którzy są postrzegani jako anonimowe śruby w aparacie Łukaszenki.

Jednak czy ta działalność może być realnym zagrożeniem dla posłów? Przecież władza w przeszłości wielokrotnie nie uznawała podpisów zebranych przez najpopularniejszych kandydatów na prezydenta i w ten sposób nie dopuszczała do ich udziału w wyborach.

Jednak na chwilę obecną Białorusinom przekonanym o wygranej Swiatłany Cichanouskiej w wyborach zostało tylko liczenie na Radę Koordynacyjną i struktury wyłonione w trakcie protestów w poszczególnych miastach. Jeżeli zdołają one przetrwać nadciągające polityczne mrozy, jeżeli Rada zdoła skupić wokół siebie aktywnych i odważnych ludzi, oznaczać to będzie, że następny raz stając do walki z reżimem, Białorusini już nie będą musieli zaczynać od zera.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.