Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruska rewolucja kosztowała już życie i zdrowie wielu osób. We wtorek odbył się kolejny pogrzeb – w Mołodecznie Białorusini pożegnali Nikitę Kriwcowa, który zaginął w trakcie protestów, znaleziono go martwego w mińskim lesie.

Tylko według oficjalnych danych zginęło co najmniej sześć osób, a ponad 6 tysięcy zostało zatrzymanych. We wtorek o 450 rzetelnie udokumentowanych przypadkach osób, które doświadczyły tortur tylko na terytorium Mińska, poinformowała niezależna organizacja Wiasna, zajmująca się ochroną praw człowieka. W związku ze skalą bezprecedensowej brutalności ze strony siłowików, jakiej doświadczyli uczestnicy antyrządowych protestów, Wiasna, wspólnie m.in. ze Światową Organizacją Przeciwko Torturom i z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, zaapelowała do ONZ z prośbą o interwencję oraz przysłanie obserwatorów na Białoruś.

***

Spodziewał się pan, że milicja będzie działać tak brutalnie?

- Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że protesty poskutkują represjami, masowymi aresztami, ale nie spodziewaliśmy się takiego poziomu agresji i brutalności ze strony funkcjonariuszy struktur siłowych. To, co miało miejsce w trakcie kampanii prezydenckiej, a co nasiliło się po wyborach, czyli areszty, przemoc, tortury i znęcanie się nad zatrzymanymi, protestującymi pokojowo obywatelami, jest bezprecedensowe dla współczesnej Białorusi.

Z podobnym okrucieństwem ludzie spotykali się tutaj ostatnio w czasie II wojny światowej.

Jak to, co się wydarzyło, zwłaszcza w pierwszych dniach po wyborach prezydenckich, kiedy to w trzy doby zatrzymano ponad 7 tysięcy osób, ma się do poprzednich protestów, np. z lat 2006-10?

- Wtedy zazwyczaj wszystko sprowadzało się do jednego dnia masowych protestów, które ja określam mianem desperackich, bo były próbą wyrażenia bezsilności wobec zabetonowanego systemu. Nawet jeśli dochodziło podczas nich do przemocy, to te akty były właściwie pojedyncze. W tym roku przemoc miała charakter systemowy. Siłowicy na terenie całego kraju torturowali ludzi, znęcali się nad nimi, gwałcili, bili ich. Pozwala nam to twierdzić, że władze zezwoliły na przemoc wobec obywateli, a wręcz rozkazały ją stosować. Działali bez jakichkolwiek ograniczeń, wyłączono im wszelkie hamulce.

Pogrzeb Aleksandra Tarajkouskiego, Mińsk, 15 sierpnia 2020Pogrzeb Aleksandra Tarajkouskiego, Mińsk, 15 sierpnia 2020 Fot. Sergei Grits / AP Photo

Przykłady nadużyć?

- Strzelali w tłum, rzucali granatami błyskowo-hukowymi, bili podczas zatrzymania, torturowali w aresztach i więzieniach, gwałcili, wybijali oczy, znęcali się psychicznie, w końcu – zabijali.

Nie jesteśmy w stanie określić nawet dokładnej liczby osób poszkodowanych, bo wiele z nich po wypuszczeniu z więzienia, aresztu czy milicyjnego autobusu bało się pójść do szpitala. Setki, a może tysiące skatowanych osób dochodziło do siebie bez pomocy lekarzy we własnych domach.

Każdy szpital jest zobowiązany do powiadomienia milicji po przyjęciu pacjenta, który jest ofiarą przestępstwa. A pobicie i skatowanie niewątpliwie się do tej kategorii zaliczają. Sęk w tym, że informacje o popełnieniu przestępstwa otrzymaliby ci, którzy je popełnili, którzy nierzadko byli bezpośrednimi sprawcami. I oni mieliby wszczynać śledztwo i wyjaśniać okoliczności? Ludzie się boją, tysiące z nich doświadczyło nie tylko traumy fizycznej, ale też psychicznej. Możemy z przekonaniem powiedzieć, że to, z czym ze strony władzy spotkali się Białorusini, to zbrodnia przeciwko ludzkości.

W pewnym momencie władza jednak odpuściła.

- Nie miała innego wyjścia. W ciągu trzech dni więzienia i areszty w całym kraju zostały przepełnione.

W celach dla maksymalnie pięciu osób przebywało ich ponad pięćdziesiąt. Aresztowani nie mieli możliwości, by usiąść, nie mówiąc o położeniu się. Brakowało im nawet tlenu. Ludzi zaczęto już nawet zamykać na izbach wytrzeźwień czy w ośrodkach dla osób uzależnionych. Ogradzano je drutem kolczastym, jak to miało miejsce w Słucku, przy ogrodzeniu ustawiono wojskowych z karabinami. Zaczęto de facto budować tutaj obozy koncentracyjne dla społeczeństwa obywatelskiego.

Tylko dzięki uwadze świata, alarmom obrońców praw człowieka i dziennikarzy udało się powstrzymać władze przez posunięciem się dalej.

Komitet Śledczy wezwał na przesłuchanie m.in. Swietłanę Aleksijewicz, jedyną białoruską noblistkę, pisarkę, dziennikarkę, współtworzącą tzw. Radę Koordynacyjną. Czy można sobie wyobrazić, że jacyś funkcjonariusze także będą przesłuchiwani?

- Wiele ludzi nigdy nie będzie w stanie mówić głośno o tym, co ich spotkało. Wielu z nich chce o tym wszystkim jak najszybciej zapomnieć i nie mieć już nigdy nic wspólnego z siłowikami, co równoznaczne jest z tym, że nie będą dochodzić sprawiedliwości, bo wiąże się to z koniecznością konfrontacji. Mimo to na chwilę obecną ponad 700 osób złożyło zawiadomienie do Komitetu Śledczego o popełnieniu przestępstwa. My sami, jako organizacja Wiasna, tylko w Mińsku zarejestrowaliśmy i udokumentowaliśmy 450 przypadków osób, które doświadczyły tortur. W pozostałych miastach liczby są podobne. Prokuratura nie wszczęła żadnego postępowania.

Belarus ProtestsBelarus Protests AP / AP

I to się nie zmieni?

- Na pewno nie przy tej władzy. Łukaszenka nie zdradzi swoich. Przestępcy, którzy wydawali rozkazy i którzy je wypełniali, mam na myśli m.in. OMON, milicję, to główna siła Łukaszenki, jego źródło poparcia.

Siłowicy są współwinni tego, jak ten system działa i wygląda. Łukaszenka na nich stawia. Mogliśmy to zobaczyć w ostatnią niedzielę, kiedy na wpół oszalały biegał z karabinem w ręku i zwracał się do siłowików: „Jesteście wspaniali! Już my im pokażemy!”.

Siłowicy, choć nie powinni w takich sytuacjach w ogóle używać broni, strzelali nawet do dziennikarzy - i to specjalnie, zupełnie świadomie. Dziennikarce „Naszej Niwy” wojskowy z bliskiej odległości przestrzelił kolano, choć miała na sobie kamizelkę z wielkim napisem „PRASA”. Aleksander Tarajkowski, który zginął 10 sierpnia podczas protestu przy stacji metra Puszkinska, szedł z podniesionymi rękoma. Strzelono w niego granatem, który rozerwał się na jego piersi. Siłowicy stosowali przemoc nawet wobec dzieci – zatrzymywali je i bili. Trzynastoletni chłopiec wyszedł z aresztu z wielką raną na plecach w kształcie krzyża. OMON-owcy wymyślili sobie, że będą go bić tak, by mu ten krzyż „wybić” na plecach. Na moich oczach ostrzeliwano przejeżdżające samochody obywateli, którzy trąbili na znak solidarności. Wyciągano ich z nich później, bito. Ludzie byli zaganiani do cel jak bydło. Bez picia, jedzenia. W areszcie kładziono ich na podłodze i bito pałkami.

Nie zapomnę nigdy krzyków i jęków bitych, które dobiegały zza murów aresztu Okrestino. Historii osób, które zostały zgwałcone gumowymi pałkami. I tych, którym wybijano oczy. Mam świadomość pewnej bezsilności, choć to nie nasze zadanie – dziennikarzy, obrońców praw człowieka – by dochodzić sprawiedliwości.

Czy stwarzane są choćby pozory?

- Nie. Prokuratura ani komitet śledczy nie były nawet zainteresowane tym, by zabezpieczyć dowody. Nie zrobiły nic. Milczą. Przeczekują. Zależy im, by dowody zniknęły. Nie ma szans na sprawiedliwość. Ta władza jest władzą przestępców. Oficjalnie możemy mówić o sześciu ofiarach śmiertelnych.

We wtorek odbył się kolejny pogrzeb.

- Chłopca z Mołodeczna, tak. Znaleziono go w lesie powieszonego, ale obrażenia świadczą o pobiciu. Co więcej, wiadomo, że brał udział w protestach, zachowały się zdjęcia i nagrania, na których widać go w tłumie trzymającego biało-czerwono-białą flagę. Nie ulega też wątpliwości, że jako kibic piłki nożnej był pod lupą siłowików. Tacy ludzie po ukraińskich doświadczeniach podczas Majdanu są przez reżim traktowani jako potencjalne zagrożenie. Miał też tatuaż z Pogonią traktowaną przez władze jako symbol antyrządowy. Nie ma jednak szans na rzetelne śledztwo.

Zatrzymania na Białorusi przypominają raczej porwania. Z nieoznakowanych samochodów wysiadają ludzie w cywilu, w maskach, zaciągają ludzi do środka, dokądś zabierają.

- Wszystko po to, by wzbudzić w ludziach strach. Podobnie działano w trakcie okupacji, kiedy podczas pacyfikacji łapano, kogo popadnie. Dzisiaj ludzi chcą w ten sposób uciszyć i sprawić, by ich energia skupiła się na walce z własnymi strachami, a nie z władzą. Tutaj porywano nawet osoby, które oddały 9 sierpnia głos i czekały na wywieszenie przez komisję protokołu na drzwiach lokalu wyborczego.

W Mińsku zatrzymanych i pobitych zostało wielu moich znajomych. Jeden z nich podszedł do funkcjonariusza OMON-u, a ten kazał mu odblokować telefon i pokazać, jakie media czytał ostatnio, jakie ma zdjęcia.

- Sama pani widzi, z jakim szokiem zmierzyli się ostatnio Białorusini. To ja jako stary dysydent wiem, że do siłowików w żadnym przypadku nigdy się nie podchodzi, bo może to mieć fatalne konsekwencje.

Tutaj większość ludzi przez całe życie przekonana była o tym, że milicja i OMON są po to, by ich chronić i bronić. Teraz zrozumieli, że to nie tak.

Będziemy robić wszystko, m.in. zwracać się do organizacji międzynarodowych, takich jak Europejski Trybunał Praw Człowieka czy ONZ. Białoruskie władze na razie będą to ignorować jak zwykle, ale jest szansa, że w przyszłości uda się to zmienić.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.