Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Świat być może nigdy by nie ujrzał 37-letniej Swiatłany Cichanouskiej, gdyby dyktator Aleksander Łukaszenka nie polecił aresztować jej męża Siarhieja. Ten białoruski opozycjonista i bloger, ujawniający w kraju korupcję, został przez władzę wsadzony do więzienia, by nie mógł wystartować w wyborach prezydenckich.

Ponieważ trudno było na niego znaleźć „kompromaty”, władzy sama je spreparowała: podczas przeszukania mieszkania Chichanouskich funkcjonariusze „odkryli” schowane w kanapie 900 tys. dol. w nowiutkich banknotach. Propaganda ogłosiła, że pieniądze te miały należeć do Siarhieja Cichanouskiego i były rzekomo przeznaczone na żołd dla 32 rosyjskich najemników z tzw. grupy Wagnera, którzy przybyli na Białoruś siać polityczny zamęt (przy okazji okazało się jednak, że cała historia nie trzyma się kupy, bo wagnerowcy zostali przez Łukaszenkę zwolnieni do Rosji, zaś Cichanouski siedzi dalej).

Łukaszenka ją lekceważył

Gdy wydawało się, że to koniec szans opozycji na to, by zagrozić rządzącemu od 26 lat dyktatorowi, do gry weszła Swiatłana Cichanouska. Przed wyborami mówiła, że to jedna z najtrudniejszych decyzji, jaką musiała podjąć. Wahała się pomiędzy lojalnością wobec męża, który prosił ją, by stanęła do wyborów, a obawą, że właśnie to mu zaszkodzi. – Dalej nie pozbyłam się tego strachu – mówiła dwa tygodnie przed wyborami.

Łukaszenka otwarcie ją lekceważył. Twierdził, że białoruskie społeczeństwo jeszcze nie dojrzało do tego, by zagłosować na kobietę. – Taka prezydent by się załamała, biedactwo – nie szczędził złośliwości. Ale siły i środki włożone później przez białoruskie państwo w to, by zminimalizować jej rolę po wyborach, świadczą jednak o tym, że Cichanouska jest uważana za poważne zagrożenie. Jeden z mińskich portali informacyjnych nazwał ją nawet „białoruską Joanną d’Arc”, choć dodając – „z przypadku”.

Faktycznie Cichanouska nie miała wcześniej żadnego doświadczenia politycznego i nie występowała publicznie. Całe jej dotychczasowe życie było podporządkowane opiece nad rodziną, a zawodowa historia tłumaczki dla irlandzkiej organizacji Chernobyl Lifeline była poniekąd dziełem przypadku.

Cichanouska trafiła do domu Henry’ego Deane’a, założyciela tej organizacji, w 1995 r. jako 12-latka. Deanowie byli jedną z irlandzkich rodzin, które przyjęły dzieci z Białorusi z rodzin poszkodowanych w wyniku radioaktywnego opadu po awarii reaktora w Czarnobylu w 1986 r. Większość odwiedzała Irlandię tylko raz, by spędzić tam wakacje. Ale Swieta, jak mówił o niej w rozmowie z lokalnymi dziennikarzami Henry Deane, przyjeżdżała do ich pięciotysięcznego Roscrea regularnie co roku. Łatwo dogadywała się z ich córką, która jest rówieśniczką Białorusinki, i w porównaniu z innymi dziećmi szybko opanowała angielski.

Pod koniec lat 90. Deane’owie znaleźli jej pracę w lokalnej fabryce, bo pochodząca z biednej rodziny Cichanouska potrzebowała pieniędzy na to, by pójść na studia w Brześciu. Skończyła tam filologię angielską oraz germańską, później zaś pracowała też dla Chernobyl Lifeline.

KGB uderza w słaby punkt

Jednak najbardziej zajmowało ją wychowanie dwójki dzieci. Dużo uwagi musiała poświęcić zwłaszcza pierwszemu, które urodziło się z uszkodzonym słuchem i wymagało rehabilitacji. W kampanii wyborczej mówiła, że są one dla niej najważniejsze. Przyznawała, że dostaje anonimowe telefony, w których nieznajoma osoba grozi jej odebraniem dzieci.

To powszechny sposób białoruskiej bezpieki na zastraszenie żon opozycjonistów. Tak było również w przypadku Vitalii Nawurmik, żony Uladzimira, opozycjonisty, który został aresztowany za „chuligaństwo” w maju. Z Vitalią skontaktowali się pracownicy socjalni, stwierdzając że jej dziecko nie ma warunków do życia w mieszkaniu, które rzekomo miało być pełne niedopałków papierosów i pustych butelek po wódce, i zostanie jej odebrane. Kobieta przyznała, że z przerażenia nie wiedziała, co powiedzieć.

Gdy dzień po sfałszowanych wyborach Cichanouska poszła do siedziby centralnej komisji wyborczej, by złożyć protest, czekali tam na nią już agenci KGB. Musieli dobrze wiedzieć, którą strunę nacisnąć, by skłonić ją do nagrania oświadczenia, w którym wzywa Białorusinów do zaprzestania protestów.

Nagranie to trafiło do sieci dwa dni później, kiedy wrzało już w całym kraju. Cichanouska była wtedy bezpieczna na Litwie ze swoimi dziećmi. Stamtąd wysłała też inne nagranie, na którym mówi, że do wyjazdu skłoniła ją miłość do nich i że okazała się słaba.

A jednak kilka dni później wysłała kolejny film, na którym wezwała rodaków do dalszych pokojowych protestów, domagała się powtórzenia wyborów i mówiła, że czuje się reprezentantką narodu. Poszła na zwarcie z białoruskim dyktatorem, choć przecież ten trzyma jej męża w więzieniu jak zakładnika.

Być może więc czas białoruskiej Joanny d’Arc (nawet jeśli pochodzącej z przypadku) wcale się jeszcze nie skończył.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.