Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Postulaty protestujących nie ulegają zmianie, to: uwolnienie wszystkich zatrzymanych po wyborach sprzed dwóch tygodni oraz więźniów politycznych, pociągnięcie do odpowiedzialności urzędników i przedstawicieli struktur siłowych za przemoc i torturowanie protestujących oraz odsunięcie od władzy prezydenta Aleksandra Łukaszenki.

Według niezależnych portali informacyjnych w białoruskiej stolicy protestuje w niedzielę od 200 tys. do 250 tys. ludzi.

Nad siedzibą prezydenta pod wieczór pojawił się helikopter. Niezależny portal TUT.BY, opierając się na swoich anonimowych źródłach twierdzi, że maszyna przyleciała na wszelki wypadek, by móc szybko ewakuować Aleksandra Łukaszenkę z miasta.

Oficjalny kanał Łukaszenki w Telegramie informuje, że jest odwrotnie: prezydent nie ewakuował się, ale przyleciał do centrum, by stawić czoła swoim przeciwnikom. Nexta i Mediazona publikują nagranie, na którym widać Łukaszenkę wysiadającego z helikoptera z bronią w ręku i w kamizelce kuloodpornej.

OMON wraca na ulice Mińska

Jak wyglądała ta niedziela w Mińsku?

W centrum miasta już przed południem zamknięte zostały ulice oraz kilka stacji metra, m.in. Oktjabrskaja, plac Lenina, plac Zwycięstwa. Na ulicach stolicy ponownie, po kilku dniach nieobecności, pojawiły się oddziały OMON-u i dziesiątki milicyjnych autobusów.

Z megafonów milicja nawołuje: "Obywatele, łamiecie przepisy. Prosimy o rozejście się. Nie prowokujcie". Tłum na to tylko buczy.

Mimo deszczowej pogody z nawet najbardziej odległych dzielnic Mińska kolumny protestujących Białorusinów z biało-czerwono-białymi flagami i narodowymi symbolami zmierzają do centrum, skandując: "Wolność!", "Nie zapomnimy, nie wybaczymy" i "Niech żyje Białoruś!, "Wierzymy, możemy, zwyciężymy".

"Trzeba brać udział w akcjach. Spędziłam pięć dni w areszcie Okrestino. Jeśli teraz mnie zatrzymają, grozi mi nawet siedem lat więzienia, ale nie wolno się poddawać. Nie czuję się bohaterką, jestem człowiekiem, który kocha swój kraj i czuje się za niego odpowiedzialny", mówi mi dwudziestoletnia Dasza.

Na niezależnych kanałach informacyjnych Białorusini nawołują do zachęcania swoich bliskich, znajomych, sąsiadów do wzięcia udziału w marszu. Byli siłowicy oraz wojskowi proszeni są o przyjście w mundurach: "Ludzie muszą wiedzieć, że razem z nimi są także dawni ludzie reżimu" - tłumaczą mi demonstranci. Podobne prośby wystosowane zostały do robotników i pracowników państwowych zakładów.

Niedzielne protesty w Mińsku.Niedzielne protesty w Mińsku. Fot. Evgeniy Maloletka / AP Photo

Swiatłana, lekarka, idzie w białym fartuchu z napisem: "Medycy przeciwko przemocy": "Na mojej sali operacyjnej umierali młodzi, skatowani przez OMON chłopcy. Władza nie tylko okłamała nas w kwestii wyborów, ale też przemocy: ciągle słyszymy, że jej nie ma. Wyszłam na ulice, bo nie mogę na to pozwolić".

W tłumie widzę parę nowożeńców z flagą biało-czerwono-białą. "Miłość uratuje świat", mówi mi Jana, panna młoda.

Zebrani na placu Niepodległości uczcili minutą ciszy pamięć o wszystkich zmarłych na skutek przemocy i represji.

Kolejne ofiary

Wczoraj o godz. 14 w jednym z lasów na terenie Mińska znaleziono ciało 28-letniego mężczyzny, który od 10 dni figurował na liście osób zaginionych. Jak podał portal Mediazona obrażenia na ciele wskazują na pobicie ze skutkiem śmiertelnym.

"Zaginiony Mikita Kryucou został znaleziony martwy w lesie w dzielnicy Partyzańskiej w Mińsku ze śladami pobicia" - napisał na Twitterze Franciszak Wiaczorka, białoruski aktywista i dziennikarz. Kryucou zniknął 12 sierpnia, po przyjeździe z Żodzina do Mińska. Wtedy rodzina straciła z nim kontakt. Tamta środa była czwartym dniem protestów przeciwko uznawanym za sfałszowane wyborom, w których wedle oficjalnych informacji Aleksander Łukaszenka zdobył aż 80,1 proc. głosów.

Władze informowały, że tylko w ciągu pierwszych trzech dni protestów zatrzymano aż 6 tys. osób. - Tysiące osób szukają swoich bliskich, którzy zaginęli podczas protestów. Areszty są przepełnione, milicja nie informuje rodzin o zatrzymaniu, a zatrzymanemu odmawia kontaktu z bliskimi - mówił Andriej Stryżak z broniącej praw człowieka organizacji Wiesna.

Organizowanie samopomocy

Przed pomnikiem Lenina tłum z biało-czerwono-białymi flagami skanduje: "Łukaszenka do awtozaku [milicyjny autobus]". W centrum odcinany jest dostęp do internetu.

Lokalni aktywiści nawołują obywateli do solidarności: "Nie oddamy OMON-owi swoich", mówi mi Sasza Bielikow, który bierze udział w marszu. Bielikow podkreśla, że społeczeństwo zorganizowało się tak, by pomagać sobie nawzajem, a nawet przyjmować do własnych domów przyjezdnych demonstrantów.

W marszu uczestniczą m.in. robotnicy MTZ i MAZ-u, fabryk, które zgodnie z sobotnią zapowiedzią Łukaszenki w przypadku kontynuacji strajku zostaną jutro zamknięte.

"Proszę gubernatorów, by nie zmuszali ludzi do pracy, jeśli ci tego nie chcą. Nie trzeba. Tak czy inaczej, ich nie przekonamy, ale jeśli zakład nie pracuje, nie spełnia swojego zadania - od poniedziałku kłódka na bramę. Zatrzymamy to" - mówił Łukaszenka wczoraj na prorządowym mityngu w Grodnie. "Ludzie ostygną, a my zdecydujemy, kto będzie mógł wrócić do pracy", zapowiedział.

Andriej, pracownik MAZ-u, który idzie w kolumnie swoich współpracowników, mówi mi: "Już się nie boję brać udziału w proteście. Nie boję się stracić pracy. Nie boję się siłowików. To, czego się boję, to dalszego życia w kraju, w którym władza zabija swoich obywateli i nie ponosi z tego powodu żadnych konsekwencji".

Portal Tut.By informuje, że Mikita Mikado, potentat w branży IT, twórca PandaDoc, nadal nawołuje siłowików do przejścia na stronę protestujących i oferuje im pomoc finansową. Mikado opublikował dzisiaj rezultaty swojego apelu: "Na razie zgłosiło się do mnie ponad 400 osób, ze 130 z nich udało się już skontaktować, 29 z nich już otrzymało wsparcie".

Niedzielne protesty w Mińsku.Niedzielne protesty w Mińsku. Fot. Evgeniy Maloletka / AP Photo

Prezydent Ukrainy: Na miejscu Łukaszenki powtórzyłbym wybory

Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla portalu Euronews doradził Aleksandrowi Łukaszence powtórzenie wyborów. - Powinien zrobić to w ciągu miesiąca, zapraszając wszelkie międzynarodowe instytucje, które są gotowe na obserwowanie, czy wybory są przeprowadzane prawidłowo - uważa Zełenski.

- Skoro wierzy w szczere poparcie narodu, nie powinien wahać się ani chwili i oznajmić: "Jestem pewien, że wygram, powtarzam wybory, niech startuje każdy, kto uważa, że może ze mną wygrać" - dodał prezydent Ukrainy.

Władze: Jak tak dalej pójdzie, będziecie mieli do czynienia z wojskiem

Na oficjalnym kanale resortu obrony pojawił się w niedzielę komunikat:

"Nie będziemy spokojnie patrzeć, jak pod flagami, pod którymi faszyści organizowali masowe zabójstwa Białorusinów, dzisiaj bezcześci się święte miejsca. Nie możemy na to pozwolić. Jeśli będzie naruszony porządek i przepisy, obywatele będą mieć do czynienia już nie z milicja, ale z wojskiem".

Pytam funkcjonariusza OMON-u, czy mogę przejść przez zamkniętą ulicę. Ten, biorąc mnie za uczestniczkę protestu, mówi: "Przepraszam, nie mogę pani przepuścić. Rozkaz. Ale jestem z panią".

Tłum przemieszcza się w kierunku pomnika Mińsk-miasto bohater, gdzie wojskowi i OMON ustawili szeregi barierek i drut kolczasty. Sami stoją wzdłuż ulicy w długim rzędzie, zapowiadając blokadę marszu.

Ania, uczestniczka demonstracji: "Bardzo się boję. Nie wiem, czym skończy się dzisiejszy dzień, ale wiem, że nie można się cofnąć".

Maria Kolesnikowa - koordynatorka sztabu Wiktora Babaryki i jedna z liderek opozycji - zwróciła się do zgromadzonych: "Nie prowokujcie siłowików. Nie dopuśćmy do rozlewu krwi. Nasze życie i zdrowie są najważniejsze".

Tłum kieruje się w kierunku placu Flagi, który ma być metą marszu. "Łukaszenka przed sąd!", skandują ludzie.

Na trasie do placu Flagi stoi jedna z rezydencji Łukaszenki. Widząc nadchodzący tłum protestujących, wojsko i OMON utworzyło żywy łańcuch, blokując drogę. "Nie podchodźmy do nich, bo nas pozabijają", krzyczy ktoś w tłumie.

"Ktoś się chyba wystraszył. Dziwne, prezydent boi się swojego narodu, mimo że 80 proc. podobno go popiera", ironizuje Polina, studentka medycyny.

OMON odcina główne ulice, stoi z tarczami, co prawda na razie są opuszczone, ale budzą lęk w protestujących: "Zaraz znowu się zacznie. Nawet nie wiadomo dokąd uciec...", mówi Katja, jedna z protestujących.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.