Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Łańcuch solidarności” – taką nazwę nosiła sobotnia, kobieca akcja w białoruskiej stolicy. Setki ubranych na biało Białorusinek zebrały się przy rynku Komarowskim, by później przejść głównymi ulicami miasta na plac Niepodległości. Wiele z nich miało w rękach kwiaty: róże, lilie, lawendę, goździki, część z nich także biało-czerwono-białe flagi uznawane za opozycyjne i antyrządowe. Wspierający je mężczyźni tego dnia usunęli się w cień, stali z boku lub za plecami stojących w jednym rzędzie kobiet.

Nina Augenia ma 74 lata. Mimo swojego wieku uczestniczy w każdej akcji protestu. W tłumie zauważam ją od razu: drobna, niska, z krótkimi siwymi włosami wyróżnia się na tle studentek, młodych matek i nastolatek. W rękach trzyma flagę, którą uszyła sama:

„To już trzecia. Dwie poprzednie zabrali mi OMON-owcy. Wychodzę, bo czuję, że muszę. Nie wybaczyłabym sobie bezczynności. Nigdy nie żyłam w wolnym kraju, chciałabym, by moje dzieci, wnuki i prawnuki doczekały wolnej Białorusi. Nie boję się, a przynajmniej nie na tyle, by zrezygnować. Nie można oddać kraju przestępcy. Teraz pojawiła się szansa na zmiany. Zachwycam się tymi wszystkimi młodymi ludźmi, którzy wychodzą na ulice, by walczyć o przyszłość naszego kraju. Dzisiaj to oni mnie wychowują. Musimy ich słuchać, to ich czas”, tłumaczy.

„Miłość uratuje świat”

Kilka minut po godzinie 14. Przy rynku Komarowskim pojawiają się nieoznakowane samochody OMON-u, radiowozy i milicja. Jeden z funkcjonariuszy uprzedza biorące w akcji kobiety, że zebranie jest nielegalne, nikt jednak nie zwraca na niego uwagi. Podobnie zresztą jak na prowokatora próbującego obrazić kobiety i nagrywać je kamerą telefonu bez ich zgody. Kiedy dziewczęta chcą wręczyć mu kwiaty, odtrąca je i krzyczy: „Martwych kwiatów od martwych kobiet nie przyjmuję”. W odpowiedzi na jego słowa kobiety zaczynają skandować: „Miłość uratuje świat”.

W proteście bierze udział Polina, wolontariuszka, niezależna obserwatorka podczas wyborów prezydenckich: „Chodzę teraz na wszystkie akcje protestu, ale nigdy nie byłam tak zestresowana jak teraz. Mam wrażenie, że nie ma już odwrotu. W nocy nie mogę spać, w dzień – drżą mi ręce. Boję się, bo trwa polowanie na wolontariuszy. Jeden z moich kolegów przepadł bez śladu. Próbował interweniować, kiedy w dniu wyborów komisja, którą staraliśmy się obserwować, nie wywiesiła na drzwiach protokołu i uciekła z lokalu wyborczego pod eskortą OMON-u. Przyszłam tutaj, bo nie można teraz przestać działać”.

Białorusinki – jak podkreślały – swoją manifestacją chciały wesprzeć strajkujących robotników oraz ofiary tortur siłowików. „Niech żyje Białoruś!” oraz „Wolności!” - skandowały przez całą trasę przemarszu, zatrzymując się jednak na każdym przejściu dla pieszych, by nie utrudniać ruchu kierowcom.

„Przyszłam tu z moją dwuletnią córeczką Nastią. Dzisiaj już się nie boję, cały swój strach pokonałam w niedzielę i poniedziałek tuż po wyborach. Wtedy też brałam udział w akcji protestu z dziećmi. Tłumaczę im, że walczymy w ten sposób ze złem i o lepszy świat. Chcę dla nich lepszego kraju. Nie chcę, by żyły w świecie, w którym nie stać nas na to, by wszystkie chodziły regularnie na basen”, opowiada mi 32-letnia Olga.

Po dotarciu na plac Niepodległości, tuż przed siedzibą rządu, kobiety dołączyły do zgromadzonego tam tłumu mieszkańców Mińska.

Na środku placu protestujący narysowali kredą niewielkie kwadraty o powierzchni, przypominającej powierzchnię sześcioosobowej celi w areszcie. Na powierzchni każdego z rysunków ustawiało się pięćdziesiąt osób, przypominając, w jakich warunkach przetrzymywani byli więźniowie w areszcie Okrestino, zatrzymywani podczas antyrządowych protestów.

„Straciłem przytomność, więc bili mnie jeszcze mocniej"

Wiele osób trzymało w rękach plakaty z hasłami: „Nie zapomnimy, nie wybaczymy”, „Tej krwi nie da się zmyć”, „Straciłem przytomność, więc bili mnie jeszcze mocniej”.

„Nie mogę pogodzić się z tym, co wydarzyło się w naszym kraju w ostatnich latach. Jak można wybaczyć taką brutalność, przemoc? Jak można ją w ogóle zrozumieć?” - pyta Natasza, studentka mińskiego uniwersytetu.

Z tłumu co jakiś czas rozlegały się okrzyki: „Bezrobotni, jesteście tutaj?”, „Jesteśmy!”, odpowiadał tłum. „A narkomani?!”, pytał dalej głos, nawołując do słów Aleksandra Łukaszenki twierdzącego, że w protestach antyrządowych biorą udział osoby bezrobotne, uzależnione, chuligani oraz obcokrajowcy.

Jaketierina przyszła na protest z Biblią. Trzyma ją przez cały czas w dłoniach: „Bóg podobno najbardziej kocha tych, którzy cierpią. Myślę, że Białorusinów kocha teraz najmocniej. W naszym kraju nie ma wielu wierzących, ale dzisiaj, mam wrażenie, zaczynamy żyć zgodnie z boskimi zasadami. Opatrywałam w szpitalu pobitych, okaleczonych, torturowanych, którzy trafiali tam z aresztu Okrestino. Opowiadałam im o Bogu. Mówiłam, że jesteśmy w tym wszyscy razem”, opowiada.

Atmosfera ożywia się, kiedy na placu pojawia się Paweł Łatuszko, były minister kultury i dyrektor teatru im. Kupały, a dzisiaj członek Rady Koordynacyjnej, który ze względu na swoje otwarte wspieranie antyrządowych protestów stracił pracę: „Jestem pewien, że jutro poznamy plan”, zapowiedział.

Sobota protestu kończy się w Mińsku wieczorem, w momencie, kiedy siłowicy pojawiają się przy pomniku Lenina i nawołują ludzi do rozejścia się: „Obywatele, ale najpierw posprzątajcie!”, krzyczą przez megafon OMON-owcy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.