Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przejście drogi wyłącznie na zielonym światle, sprzątanie za sobą śmieci, zdjęcie butów przed wejściem na ławkę – tak wygląda rewolucja po białorusku. Czy to za mało?

Po wyborach wielu obywateli, którzy nie zgadzają się z oficjalnymi wynikami wyborów, codziennie wymyśla nowe formy protestu i sposoby na wyrażanie swoich oczekiwań.

Wypowiadając się przeciwko przemocy ze strony rządu - w wielu miastach kraju kobiety w białych ubraniach z kwiatami ustawiały się w „łańcuchu solidarności”. Później dołączyli do nich lekarze, pracownicy komunikacji miejskiej, robotnicy fabryk. Morale protestujących podnieśli nie tylko uliczni muzycy, prezentując publiczności coraz bardziej oryginalne covery głównej piosenki białoruskiego lata wolności „Chcę zmian”, ale także Państwowa Filharmonia. Jej pracownicy odśpiewali religijny hymn "Mahutny Boża".

Nie ustąpili też duchowni, którzy w ostatnich tygodniach wielokrotnie wzywali władze do dialogu. W Mińsku 19 sierpnia przedstawiciele różnych wyznań, trzymając w rękach różańce i ikony, razem z dziesiątkami wiernych po raz kolejny uczestniczyli we wspólnej modlitwie. Wezwali każdego, kto opowiada się po stronie władzy, do powstrzymania rozlewu krwi.

Sportowcy piszą, by nie uznawać wyników wyborów

Z dnia na dzień coraz więcej niedawnych zwolenników władzy zmienia swoje deklaracje polityczne. Byli wśród nich ludzie z bliskiego kręgu Łukaszenki, dziennikarze telewizji państwowej, a także artyści i politycy. Ponad 200 czołowych sportowców Białorusi (m.in. mistrzynie świata Alaksandra Hierasimienia, Marina Arzamasoaa, Alaksandra Ramanouska) 19 sierpnia napisało list otwarty, w którym wzywali, by nie uznawać wyników sfałszowanych wyborów prezydenckich.

Oświadczenia o swoich dymisjach pisali milicjanci, funkcjonariusze straży granicznej, dyrektorzy szkół, wysocy urzędnicy, nawet przedstawiciel prezydenckiej komisji lekarskiej Aleksiej Pietkiewicz, podając jako główny powód „upokorzenie i rozdarcie narodu białoruskiego”.

Będzie strajk w edukacji?

Na znak protestu absolwenci szkół średnich wywieszali dyplomy i medale na ogrodzeniach swoich dawnych szkół, zarzucając fałszerstwa nauczycielom zasiadającym w komisjach wyborczych. Wykładowcy i studenci Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego 19 sierpnia podpisali petycję z żądaniem dymisji Łukaszenki, skierowali ją do kierownictwa uniwersytetu.

"Prosimy rektora o podjęcie działań w celu realizacji naszych żądań, w przeciwnym razie 1 września nie będzie nas na zajęciach, będzie strajk" - piszą w swoim apelu.

Urzędnicy próbujący chronić interesy obecnego prezydenta (np. minister kultury Juryj Bondar i były minister zdrowia Uładimir Karanik - od 22 sierpnia gubernator obwodu grodzieńskiego) są teraz witani okrzykami „Wstyd!” i „Odejdź!”. W wielu miastach ludzie przychodzą do gorispołkomów (urzędów miasta), żądając od merów rozpoczęcia rozmów z obywatelami. Na razie bezskutecznie.

„Nie wybaczymy Wam”, „Przestańcie kłamać” - te frazy coraz częściej słychać w tłumie strajkujących pod budynkami Biełteleradyjokampanii - publicznego nadawcy radiowo-telewizyjnego.

Do ruchu sprzeciwu, nie zważając na strach i presję ze strony kierownictwa, dołącza coraz więcej uczestników. Bezpłatnej pomocy poszkodowanym z rąk funkcjonariuszy OMON-u udzielają lekarze, psychologowie i prawnicy. Wiele firm (w tym zwłaszcza z branży IT) oferuje kursy przekwalifikowujące dla osób, które straciły pracę.

"Łańcuchy solidarności" codziennie gromadzą się w centrum stolicy. Najdłuższy z nich - od miejsca pogrzebu ofiar represji stalinowskich Kurapaty do miejsca tymczasowego aresztu Okrestina (w którym torturowano kilka tysięcy ludzi - o losie ponad 60 wciąż nie ma żadnej informacji). 21 sierpnia rozciągnął się on na 13 kilometrów.

„Żywie Białoruś” nie jest już dawno zapomnianym sloganem. Wykrzykują go późnym wieczorem mieszkańcy z okien swoich bloków, w rozmowach czasami zastępuje ono słowo „cześć”. Słyszałam, jak z entuzjazmem podawał go pasażerom przez głośnik maszynista metra, odbierając w odpowiedzi wesołe „Żywie”.

"Mury" Kaczmarskiego  na pełen regulator

Białorusini robią tatuaże z symbolami narodowymi, noszą białe bransoletki na nadgarstkach (symbol opozycji), malują samochody w kolorach dawnej flagi Białorusi i wieszają biało-czerwono-białe rolety w oknach swoich balkonów. Niektórzy z nich, stojąc na parkingach, demonstracyjnie otwierają drzwi swoich samochodów, włączając na cały regulator „Mury” Kaczmarskiego.

W pobliżu wejść do sklepu spożywczego nastolatki grają na gitarze piosenki Wiktora Coja. A sześcioletnie dzieci wymyśliły nową grę pod nazwą „Omon” - naśladując odgłosy syren, chłopaki w maskach uciekają jeden od jednego, przeskakując przez płoty. W rozmowach 10-letnich dziewczynek można teraz usłyszeć: „Cóż, no ile już można, 26 lat i to wystarczy”. Dyskusje o aktualnej sytuacji w kraju słychać dziś na każdym podwórku, na każdej ławce.

Moralne wsparcie dla Białorusinów płynie z całego świata. I to nie tylko ze strony przedstawicieli wspólnoty kulturalnej  sąsiadujących krajów (np. słynny rosyjski dyrygent Władimir Spiwakow zrezygnował z podarowanego mu przez Łukaszenkę orderu, mówiąc, że teraz wstydzi się go nosić), ale także światowych celebrytów. Wśród nich jest lider amerykańskiej grupy 30 Seconds to Mars, muzyk i aktor Jared Leto.

W tej chwili ludzie wychodzą protestować nie tylko po to, by odzyskać swoje skradzione głosy, ale także po to, by przeciwstawić się zatrzymywaniu i biciu swoich przyjaciół i krewnych. Są karani grzywną i wsadzani do aresztów, ale znowu wychodzą na ulice i trąbią ze swoich samochodów. Są zastraszani, ale nadal strajkują i się nie poddają. Protestują tak, jak potrafią. Bez lidera, ale ze wspólnym celem - zmian. Skandując „Wolność”, „Odejdź”, „Morderca”, wychodzą z plakatami: „Nie jesteś moim Baćką, jestem sierotą”.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.