Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ze Swiatłaną Cichanouską, którą zaraz po sfałszowanych wyborach prezydenckich dwa tygodnie temu białoruska bezpieka zmusiła do wyjazdu na Litwę, rozmawiamy w hotelu Hilton na Litwie. Litewski rząd obawia się o jej bezpieczeństwo i przydzielił jej liczną ochronę osobistą. Sali, w której udzielała nam wywiadu, pilnowało trzech funkcjonariuszy po cywilnemu. Cichanouska była opanowana, sprawiała wrażenie osoby mocno stąpającej po ziemi. Gdy rozmowa schodziła na kwestie twardej polityki, przyznawała jednak, że w tej kwestii dopiero zbiera doświadczenia. Z czułością mówiła o aresztowanym przez białoruskie władze mężu - opozycjoniście Siarhieju i małych dzieciach, które jeszcze nie wiedzą, jaki spotkał go los.

Wkrótce Cichonauska ma rozmawiać z zastępcą sekretarza stanu USA Stephenem Biegunem, który odwiedzi Litwę.

Ewelina Mokrzecka: Co robiła pani rok temu o tej samej porze?

Swiatłana Cichanouska: Przygotowywałam wyprawkę dla dziecka. Kupowałam zeszyty. Wyrabialiśmy zaświadczenia lekarskie do szkoły. To było zwyczajne życie mamy.

A dzisiaj?

- Targają mną różne uczucia. Martwię się o Białorusinów, którzy walczą o swoje prawa. Martwię się również o męża, który siedzi w białoruskim więzieniu i jest zakładnikiem [Siarhiej Cichanouski, znany dysydent, został aresztowany w maju, dwa dni po ogłoszeniu, że chce kandydować w wyborach prezydenckich]. I rozumiem, że to próba nacisku na mnie. Natomiast cieszę się, że w końcu jestem z dziećmi.

Jaka była reakcja dzieci, gdy przyjechała pani do Wilna?

- To było morze radości. Dzieci bardzo się za mną stęskniły. Ja się stęskniłam. Wcześniej nigdy tak długo nie były same. Miały mnie na co dzień. To rozstanie zarówno dla mnie, jak i dla nich było bardzo traumatyczne. Nawet dzisiaj, kiedy musiałam wyjść na spotkanie, córka powiedziała: "Mamo nie idź. Zostań ze mną”.

Czy dzieci mają świadomość tego, co się dzieje w ich kraju i że pani mąż jest w więzieniu?

- Nie wiedzą, że tata jest w więzieniu. Mówię im, że jest w delegacji i niedługo wróci. Dzieciaki bardzo za nim tęsknią. Piszemy do niego listy, rysujemy kartki. Starszy syn, który ma 10 lat, ogląda jakieś nagrania z Białorusi. Widzi, że ludzie świętują.

 Czy wie, że jego mama jest twarzą nowej Białorusi?

- Nie. Pozostałam mamą.

Kraje postradzieckie są zdominowane przez patriarchat. Twarzą białoruskiej rewolucji są właśnie kobiety. Czy ich rola się teraz zmieni?

 - Białorusinki zawsze były silne. Niestety, wcześniej nie miały możliwości, żeby pokazać swoją moc. Przed wyborami na Białorusi mężczyzn pozamykano w więzieniach, a ich miejsca zajęły kobiety. I to zapewne natchnęło pozostałe. Uświadomiły sobie, że też mogą wyjść na ulice wspólnie ze swoimi mężczyznami albo same. Mamy tę moc. Być może wcześniej nie doceniano nas, wmawiano nam, że mamy odgrywać drugoplanowe role. Natomiast historia, ale też dzisiejsza sytuacja, dowodzi, że kobiety są zdolne do wielu rzeczy. Mają w sobie dużo wewnętrznej siły, potrzebują jedynie odpowiednich warunków, żeby ją wyrazić. Zawsze byłam przekonana, że jestem słabą kobietą. I nawet dzisiaj żadne z moich działań nie przekonuje mnie do zmiany zdania, chociaż powoli zaczynam wierzyć, że jest inaczej. Nigdy wcześniej życie nie stawiało mnie w takiej sytuacji, bym mogła tę wewnętrzną moc ujawnić.

 Czy ma pani kontakt z mężem?

 - Kontaktuję się z nim za pośrednictwem adwokatki. Na razie wszystko jest w porządku, chociaż nie obyło się bez absurdów. Siedział w karcerze, przedłużono mu tam odsiadkę o kolejny tydzień, bo przy suficie zrobiła się pajęczyna. Karcer to klatka. Łóżko jest przymocowane do ściany. Przez cały dzień nie można usiąść, wstać. Takie są warunki. Przy tym siedzi tam człowiek, któremu nie udowodniono winy. Rozprawa jeszcze się nie odbyła. Takie traktowanie niewinnej osoby jest po prostu nieludzkie. Takie mamy na razie państwo.

 Co pani zrobi, jeżeli Łukaszenka zdecyduje się na użycie siły wobec demonstrantów?

 - W tym roku Białorusini udowodnili, że nie są tym samym narodem, którym byli przed rokiem. Można powiedzieć, że się obudziliśmy. Poczuliśmy się ludźmi. Byliśmy pod presją przez 26 lat. Naród już nie będzie milczeć. Zachowanie OMON-u 9 i 10 sierpnia, kiedy w nieludzki sposób pałowano Białorusinów, przyniosło odwrotny skutek. I to jeszcze mocniej zaogniło sytuację, sprawiło, że ludzie jeszcze bardziej odwrócili się od władzy. Tego naród nigdy nie wybaczy i nie zapomni. Przecież to było oczywiste, że po sfałszowanych wyborach ludzie wyjdą na ulice. Jednak wszystkie demonstracje miały i mają pokojowy charakter. Ludzie idą z kwiatami, sprzątają po sobie. To jesteśmy my, Białorusini. Spokojny i pokojowo nastawiony naród. Dzisiaj telewizja publiczna próbuje nas oczernić, pokazuje protestujących jako tych, którzy poniekąd chcą obalić władzę. To nieprawda. Chcemy, żeby władza nas szanowała, chcemy mieć prawo wyboru, chcemy głośno wyrażać to, o czym myślimy, chcemy przestrzegania konstytucji i szanowania jej przez rządzących.

 Czy weźmie pani udział w wyborach prezydenckich, jeżeli się odbędą?

 - Nie planuję kandydowania w wyborach prezydenckich. Wystarczy tej polityki. Raz jeszcze chciałabym powtórzyć, że nie jestem politykiem. Nigdy nie planowałam być tu, gdzie się znalazłam.  Dzisiaj ta działalność jest po prostu moim obowiązkiem, ale polityka nie jest dla mnie.

 A pani mąż?

 - Myślę, że tak. I właśnie dlatego dążymy do organizacji nowych wyborów. Głównym warunkiem jest uwolnienie więźniów politycznych, wśród których jest również mój mąż. Więźniem politycznym jest też Wiktar Babaryka [białoruski bankier, którego również aresztowano, gdy zapowiedział udział w wyborach], który być może będzie chciał kandydować.

 Skoro nie będzie pani kandydować, to gdzie widzi pani siebie w wolnej Białorusi?

  - Widziałabym siebie w organizacjach działających na rzecz praw człowieka. Niesienie pomocy innym jest dla mnie bliskie. Na razie jest jednak za wcześnie, by o tym mówić. Głównym celem są nowe wybory.

Jaką rolę w ich ewentualnej organizacji odgrywa powołana właśnie przez panią Rada Koordynacyjna?

- Celem Rady jest prowadzenie dialogu z obecną władzą. Mam nadzieję, że do dialogu niebawem dojdzie, by nie pogłębiać kryzysu. Jednak pierwszym warunkiem jest uwolnienie więźniów politycznych. Jeżeli władze się na to zgodzą, to będzie oznaczało, że udało się nawiązać dialog. Następna będzie organizacja demokratycznych wyborów prezydenckich.

Jaką pomoc zadeklarowała pani Unia Europejska?

 - Wszyscy wyrażają ogromne wsparcie. Demokratyczne państwa rozumieją, dlaczego walczymy o wolność, bo większość z nich taką walkę ma już za sobą. Nie mogę domagać się pomocy od innych krajów, natomiast jeżeli mają plan, jak to zrobić, to mają do tego prawo. Apelowałam do wszystkich, by szanowali suwerenność Białorusi. Prosiłam o wsparcie poprzez wyjaśnianie sytuacji u nas. To, że inne państwa o tym mówią, jest dla nas bardzo ważne.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.