Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mimo nierównych sił w starciu z władzą Białorusini wciąż walczą o wolność. Prezydent Aleksander Łukaszenka, nazywany dzisiaj przez rodaków „samozwańcem”, wykorzystuje przeciw demokratycznej opozycji wszelkie środki, jakie oferuje mu tworzony przez niego w ciągu ostatnich 26 lat system. W piątek zapewnił, że już wkrótce sytuacja w kraju zostanie przez niego opanowana.

„W Mińsku są jeszcze miejsca, gdzie komuś coś się nie podoba. Nie powinno was to jednak niepokoić, to mój problem, który powinienem rozwiązać i który właśnie rozwiązujemy. Uwierzcie, w najbliższych dniach sprawa będzie załatwiona” - ogłosił.

Prezydent Białorusi przedstawił także obywatelom własną wizję rzeczywistości, strasząc ich niepewną przyszłością i potencjalnym zagrożeniem ze strony opozycji. „Jestem prezydentem. Nie daj Boże nasz kraj się rozpadnie – nie będziecie mieć pracy. Pal licho wszystkie te tytuły i stanowiska, siedzę i myślę: a co będzie z wami, kiedy oni przyjdą i zaczną wszystko dzielić? Będziecie mnie przeklinać i pytać: 'Przecież cię wybraliśmy, dlaczego nas nie obroniłeś?'. To jest teraz moje największe zmartwienie. (…) Póki jestem prezydentem, będę kontynuować ostrą politykę skierowaną na stabilizację sytuacji w kraju”. 

Gotowość wsparcia Aleksandra Łukaszenki i zaprowadzenia porządku na Białorusi zapowiedział Kreml.

"Jeśli strona białoruska wyrazi takie życzenie, to Rosja, co zrozumiałe, zrobi wszystko, co możliwe, by uregulować sytuację" - powiedział w piątek Dmitrij Pieskow. Rzecznik prasowy rosyjskiego prezydenta dodał także, że Rosja nie zamierza oceniać postępowania białoruskich władz i wszczynanych na masową skalę spraw karnych. "To sprawa Białorusi" - oświadczył.

Białorusini się organizują

Mimo tych pogróżek i rosnących nacisków ze strony władz - strajkujących straszy się zwolnieniami, pozbawieniem możliwości zatrudnienia się w innej firmie i postępowaniami karnymi - Białorusini się nie poddają się i coraz bardziej angażują w bezkrwawą rewolucję. Kiedy pytam Pawła, 30-letniego mieszkańca Mińska, pracownika branży IT, którego spotykam na placu Niezależności, jak prócz strajków i pokojowych marszów zamierzają walczyć z reżimem Łukaszenki, otrzymuję cały spis oddolnych inicjatyw i wytycznych.

Są wśród nich: wypłacenie wszystkich oszczędności, zwłaszcza walut, z banków, by uniemożliwić państwu obrót tymi środkami; wykupienie waluty (dolarów lub euro), by skorzystać na lecącym w dół kursie białoruskiego rubla; odmowa płacenia podatków i wszelkich opłat, które mogłyby wpłynąć do budżetu państwa i zasilić siłowików; powstrzymanie się od kupowania alkoholu i papierosów, by pozbawić państwo zysków z akcyzy; nieprzyjmowanie aż do odwołania od zagranicznych partnerów biznesowych pieniędzy za zakupiony towar.

- To najbardziej pokojowa i bezpieczna forma protestu i obalania reżimu. Zależy nam, by nie przelało się więcej krwi. Bankructwo władzy jest lepszą alternatywą - tłumaczy Paweł. Przynajmniej jeden z wymienionych przez Pawła sposobów wydaje się stosowany na szerszą skalę. Na własnej skórze odczuć można już bowiem brak walut w mińskich kantorach – w piątek udało mi się znaleźć dolary dopiero w szóstym z rzędu punkcie wymiany walut. - Wszyscy dzisiaj chcą kupować dolary - mówi mi pracownica kantoru.

Białorusini organizują się też, by wesprzeć rodaków, którzy z powodów politycznych stracili pracę. Fundusz solidarności BYSOL opublikował informację, z której wynika, że w ciągu ostatnich kilkunastu dni udało się zebrać ponad 1,5 mln dol. Obrońca praw człowieka organizacji Wesna Andriej Striżak będący jednocześnie koordynatorem funduszu tłumaczy mi: - Zgłosiło się do nas ok. 200 osób. Ponad połowa z nich to ludzie, którzy świadomie odeszli z pracy w ramach strajku, pozostali to ci, którzy zostali zwolnieni ze względu na poglądy polityczne. Mam nadzieję, że będzie się do nas zgłaszać więcej osób i że będą one przekazywać sobie nawzajem informację o naszym funduszu. Nie ma się czego bać. Jeśli Łukaszenka zostanie, można się przebranżowić, a jeśli nie – wrócić do swojej dawnej pracy.

Zastraszanie opozycji

Te buntownicze nastroje stara się w tym samym czasie zdusić opresyjny system białoruskiej władzy. Piątkowy poranek rozpoczął się w Mińsku od przesłuchań w siedzibie komitetu śledczego przedstawicieli białoruskiej opozycji, m.in. prawnika sztabu Wiktora Babariki Maksima Znaka, zwolnionego z posady dyrektora Teatru im. Kupały Pawła Łatuszki oraz lidera strajku mińskiej fabryki traktorów MTZ Siergieja Dylewskiego. Przesłuchiwanych wspierali mieszkańcy Mińska, którzy licznie zgromadzili się przed komitetem, skandując: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!”. Wychodzących z przesłuchania witali brawami. Po kilku godzinach przesłuchania Znak zwrócił się do zgromadzonych: „Nie mogę powiedzieć, jak wyglądało przesłuchanie. Nie mam prawa do upubliczniania informacji. Dziękuję wam za wsparcie”.

Twórcom sztabu koordynacyjnego opozycji, w którego skład wchodzą m.in. laureatka Nagrody Nobla Swiatłana Aleksijewicz i szefowa sztabu Wiktora Babariki Marija Kolesnikowa, grozi nawet do pięciu lat pozbawienia wolności. Prokuratura wszczęła przeciwko przedstawicielom sztabu postępowanie karne, zarzucając im chęć siania chaosu i destabilizacji w kraju.

Komitet śledczy ściga także zwykłych obywateli, którzy nie zgadzają się na sfałszowanie wyników wyborów, dalsze rządy Aleksandra Łukaszenki, przemoc ze strony siłowików wobec pokojowo protestujących obywateli oraz zastraszanie strajkujących pracowników. W piątek ostrzeżeni zostali m.in. kierowcy, którzy podczas najbardziej niebezpiecznych, brutalnie pacyfikowanych przez służby akcji protestu starali się, zastawiając drogę lub celowo tworząc korek, uniemożliwić przedstawicielom struktur siłowych dotarcie do protestujących na ulicach i placach.

„Komitet śledczy zwraca uwagę kierowców na to, że tworzenie przeszkód w ruchu drogowym, tworzenie barykad, punktów blokady lub wykorzystywanie innych środków uniemożliwiających swobodne przemieszanie się jest zabronione i może poskutkować pociągnięciem do odpowiedzialności karnej” - czytamy w oświadczeniu, z którego wynika także, że do trzech lat pozbawienia wolności z tego tytułu grozi nawet 16-letnim obywatelom.

W weekend w Mińsku kolejne protesty 

Władze starają się również uniemożliwić wykonywanie pracy dziennikarzom. Gazeta „Komsomolskaja Prawda”, która zdecydowała się zamieścić na okładce zdjęcia z najbardziej masowych akcji protestów oraz historie osób, które doświadczyły przemocy ze strony siłowików, po raz trzeci nie wyszła w druku. „Drodzy czytelnicy, nie mogliśmy wydrukować naszej gazety. W drukarni – po raz kolejny – nieoczekiwanie zepsuł się sprzęt” - czytamy na stronie dziennika.

Trwają także represje wobec strajkujących, przez co robotnicy wielu fabryk zdecydowali się wrócić do pracy, mimo że w dalszym ciągu są przeciwni rządom Łukaszenki.

- Chciałbym strajkować, ale przez ostatnie dziesięć dni na skutek aresztowania podczas protestu byłem w więzieniu. Nie mam żadnej poduszki finansowej, a kierownik grozi, że zwolni wszystkich tych, którzy zaczną zajmować się polityką w miejscu pracy - mówi mi Andriej, pracownik fabryki traktorów. Realne konsekwencje spotkały już Dmitrija Kudelewicza, przewodniczącego komitetu strajkowego w firmie Bielaruskalij, którego w czwartek zatrzymało KGB. Kudelewiczowi cudem udało się uciec przez okno z siedziby służb, pozorując wyjście do toalety. Obecnie przebywa na Ukrainie.

W tym samym czasie władze organizują w kraju mityngi poparcia Aleksandra Łukaszenki. Jak informuje portal TUT.BY, w Brześciu Białorusinom władze przekazały następującą informację: „Kto się nie zgadza, niech przynosi wypowiedzenie. Ma być 100 proc. frekwencji”.

Do ponownego wyjścia na ulice szykuje się też opozycja. W sobotę w Mińsku ma się odbyć protest kobiet, w niedzielę – drugi marsz wolności.

- Trudno powiedzieć, czym to się skończy, ale obawiam się, że władze znów przykręcą śrubę - mówi mi Aleksandr Bielikow, lokalny aktywista kilkukrotnie zatrzymywany podczas wieców.

Nieuznanie wyników wyborów na Białorusi przez UE oraz zapowiedź sankcji doczekały się reakcji ministra spraw zagranicznych Władimira Makeja. "Przy pierwszych trudnych doświadczeniach chcecie nakładać sankcje. Potwierdzacie tym samym, że stoicie po stronie wszystkich tych, którzy wierzą, że suwerenność naszego kraju jest niemożliwa" - oświadczył.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.