Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wśród Białorusinów krąży popularny dowcip: Omonowcy pałują na ulicy mężczyznę, ten krzyczy do nich: "Co robicie, przecież głosowałem na Łukaszenkę!". A oni na to: "Nie kłam, nikt nie głosował na Łukaszenkę!".

Większość czyli mniejszość

Aleksander Łukaszenka z charyzmatycznego przywódcy z potężnym zapleczem politycznym w ciągu kilku miesięcy kampanii prezydenckiej przekształcił się w oczach Białorusinów w politycznego bankruta, który druzgocąco przegrał wybory i dziś ma problemy z wewnętrzną legalnością. Białoruskie społeczeństwo bardzo wyraźnie daje mu do zrozumienia, że ma go dosyć i nie wierzy w jego wygraną.

Jednak nie oznacza to, że na Łukaszenkę rzeczywiście nikt nie głosował, albo że popularny internetowy mem „Sasza 3 procent” - będący aluzją do poparcia, które Łukaszenka zdobywa w trakcie wszelakich sondaży internetowych - jest prawdziwy w realu.  

Nie, poparcie jest większe, jednak Aleksandra Łukaszenkę dziś popiera mniejszość.

Ślepa miłość elektoratu to już przeszłość

Skąd to wiem? Przecież na Białorusi od kilku lat nie robi się żadnych sondaży politycznych. Otóż człowiek jest istotą społeczną, wyczuwa...

W latach 90., kiedy Łukaszenka był u szczytu swojej popularności, każda krytyczna uwaga dotycząca Łukaszenki w środkach transportu publicznego, w sklepie czy na rynku spotykała się ze zdecydowaną reakcją społeczną. Prezydenta wtedy popierało około 70-80 proc. Białorusinów, więc broniono go zawzięcie i bez opamiętania.

Ślepa miłość elektoratu wydawała się być bezbrzeżna i bezgraniczna. Co by nie powiedział, co by nie zrobił - zawsze miał wiernych słuchaczy i obrońców. 

Czas jednak płynął. W latach 2006-12 krytyczna uwaga na temat Łukaszenki nie spotykała się jeszcze z aprobatą, ale już nie budziła sprzeciwu.

„Nie interesuje mnie polityka” – to był najczęstszy komentarz, jaki można było usłyszeć.

Teraz jest inaczej. Krytyka Łukaszenki spotyka się z powszechnym zrozumieniem, poparciem lub przynajmniej z solidaryzującym uśmieszkiem. I to niezależnie od miejsca - podobnie jest w Mińsku, Grodnie, Mochylewie czy we wsi Pleszczenice. 

Uśpiły go teatralne przedsięwzięcia

Spadek poparcia był powolny, ale narastał w miarę jak Łukaszenka coraz bardziej odrywał się od rzeczywistości.

Myślę, że uśpiły go teatralne przedsięwzięcia. Te wszystkie spotkaniami z robotnikami i chłopami, którzy zadawali uzgodnione wcześniej pytania, klaskali i pokornie śmiali się z jego żartów.

Obrazu jego alienacji dopełnia fakt, ze w trakcie wizyt w miastach dla zapewnienia mu bezpieczeństwa blokowano ruch, a wzdłuż ulic ustawiały się rzędy tajniaków. Czego w tych warunkach można się dowiedzieć o kraju, którym się rządzi?

Łukaszenka nie zauważył, że Białoruś już się zmieniła, a on pozostał taki sam. 

„Prikorytniki” murem za prezydentem

Kto dziś popiera Łukaszenkę?

W dyskusjach internetowych i debatach ulicznych pierwsze pytanie, które zadaje się zwolennikowi Łukaszenki jest takie: A gdzie pan/ pani pracuje?

Chodzi o to, że popiera go przede wszystkim aparat państwowy, służby i wojsko, część pracowników budżetówki, koncesjonowani biznesmeni mający wygodny układ z władzami na lokalnym bądź centralnym szczeblu. Wszystkich ich określa się w kraju niezbyt eleganckim słowem „prikorytniki” - czyli ci, którzy stoją przy korycie. To właśnie są osoby zainteresowane w zachowaniu status quo, bo gwarantuje im ono korzyści osobiste. Poza tą grupą Łukaszenka ma śladowe poparcie. 

Jednak wierność „prikorytników” całkiem mu wystarcza. Dziś spędza ich na wiece poparcia, zmusza do machania czerwono-zielonymi flagami (kolory, które sam wprowadził w miejsce tradycyjnych biało-czerwono-białych sztandarów), wbija do głów, że - jeśli zostanie usunięty - czeka ich rzeź, lustracja i więzienie. 

Jeśli nawet nie do końca mu wierzą, zdają sobie sprawę, że to właśnie on jest gwarancją ich uprzywilejowanego położenia. I broniąc go dzisiaj, bronią swoich ulg, kredytów, wybudowanych za państwowe fundusze domów i nadużyć korupcyjnych, które - wbrew pozorom - są w łukaszenkowskiej rzeczywistości bardzo rozpowszechnione. Oraz swojej własnej bezkarności. 

Wojna na symbole

Dziś „prikorytniki” muszą udawać szarych obywateli. Wychodzi to na razie średnio. By zademonstrować poparcie dla prezydenta przez białoruską ulicę władze nakazały funkcjonariuszom służb specjalnych jeżdżenie po miastach z państwowymi [czerwono-zielonymi] flagami na samochodach. To reakcja na fakt, że wszędzie dominują auta z biało-czerwono-białymi emblematami, kojarzonymi z opozycją. 

Po Grodnie krążyła ostatnio większa grupa samochodów z państwową symboliką. Tyle że... wszystkie miały zalepione numery rejestracyjne, co nie pozostawiało złudzeń co do tego, kto siedzi za kierownicą.  

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.