Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruskie władze znów utrudniają pracę dziennikarzom. Po kilku dniach względnego spokoju i wyciszenia tzw. polowania na zagranicznych dziennikarzy prowadzonego przez siłowików, Mińsk nie wpuścił do kraju zagranicznych reporterów.

Tylko w ciągu ostatnich dwóch dni granicy nie udało się przekroczyć co najmniej dwudziestu korespondentom. 

Bo mają wizy turystyczne

„18 sierpnia państwowy port lotniczy »Mińsk« odmówił wjazdu siedemnastu przedstawicielom zagranicznych mediów. Nie posiadali akredytacji zezwalającej na wykonywanie pracy na terytorium naszego kraju” – agencja Interfax-Zapad przytacza oświadczenie Państwowego Komitetu Straży Granicznej Białorusi (PKSG). 

Zgodnie z oficjalną wersją PKSG wszyscy dziennikarze utrzymywali, że przybywają tam wyłącznie w celach turystycznych. Straż graniczna przy wielu z nich znalazła jednak legitymacje prasowe i sprzęt wskazujący na działalność reporterską. 

„Wszyscy mówili, że przyjechali na Białoruś, bo chcą ją zwiedzać. Znalezienie przy nich legitymacji prasowych i przeróżnych profesjonalnych urządzeń, a także dużych sum gotówki, zdradziły prawdziwy cel ich podróży” – czytamy w komunikacie. 

PKSG potwierdził także, że w związku z „sytuacją w kraju” obcokrajowcy będą znacznie dokładniej i sumienniej sprawdzani podczas kontroli granicznej.

– Jeśli nie będą w stanie potwierdzić celu swojej wizyty ani odpowiedzieć na pytania służby granicznej, gwarantuję, że będą poddawani dodatkowej kontroli – deklaruje przedstawiciel komitetu Anton Byczkowski. 

Akredytacje z przeszkodami

Utrudnianie pracy dziennikarzom zaczęło się już na etapie wydawania akredytacji. Mimo dopełnienia wszelkich formalności nie zostały one przyznane tym, którzy wnioski o nie składali niedługo przed wyborami prezydenckimi.

Zatrzymany przez milicję na początku sierpnia w Mińsku Maciej Piasecki z OKO.press tak komentował swoją pracę i kilkugodzinny pobyt na komendzie: – Tutaj oficjalnie nie wolno pracować dziennikarzom, reżim nie wydaje akredytacji, więc filmuję wszystko komórką jako turysta, w analogicznej sytuacji są inni dziennikarze z Polski obserwujący wybory prezydenckie.  

Według oficjalnych informacji ze strony białoruskiego MSZ resort jest zobowiązany do rozpatrzenia wniosku w ciągu dwudziestu dni od złożenia. Przed wyborami dopytujący o nie dziennikarze otrzymywali jedynie odpowiedź, iż „jest to niemożliwe ze względu na pandemię koronawirusa”. 

Przypadek Piaseckiego był jednym z najbardziej „delikatnych” spośród wszystkich znanych zatrzymań i represji, jakich doświadczyli dziennikarze pracujący przy relacjonowaniu wyborów prezydenckich oraz protestów.

Zatrzymania i pobicia

Jak informuje organizacja Reporterzy Bez Granic, tylko 9 sierpnia na Białorusi zatrzymano 72 reporterów. 36 z nich – mimo iż zaznaczali, jaką pracę wykonują – zostało pobitych przez siłowików. Liczby te potwierdził Białoruski Związek Dziennikarzy. 

W oficjalnym oświadczeniu Reporterzy Bez Granic zwracają się bezpośrednio do UE: „Udało nam się udokumentować już kilkanaście przypadków nieuzasadnionej, przesadnej przemocy wobec pracowników mediów po wyborach prezydenckich. Każdy powinien zostać zbadany, a winni muszą odpowiedzieć za swoje czyny. Powinni zostać ukarani także poprzez sankcje UE”. 

Z kolei do ministra informacji Igora Łuckiego oficjalne pismo wystosowali w ubiegłym tygodniu pracownicy państwowych i niezależnych mediów. Nawoływali do zaprzestania bezprecedensowej, nieuzasadnionej przemocy – zarówno wobec protestujących, jak i dziennikarzy. W geście protestu wobec takich poczynań władzy z państwowych mediów odeszło kilku dziennikarzy, m.in. prezenterzy stacji Białoruś 1. 

Deportacje i zakazy wjazdu

Tylko w sierpniu deportowano kilkunastu dziennikarzy. Wielu z nich uprzednio pobito lub przetrzymywano w areszcie. 

Korespondent niezależnego rosyjskiego portalu Meduza Maksim Sołopow został zatrzymany nocą 10 sierpnia, pobity i przewieziony na dwa dni do aresztu Okrestino bez możliwości poinformowania o zajściu redakcji czy bliskich. Następnie został deportowany do Rosji.

Podobny los spotkał reporterów niezależnej rosyjskiej telewizji Dożd – dziennikarza Władimira Romienskiego milicjanci w cywilu powalili na ziemię i zakuli w kajdanki. Stało się to w kilka minut po przeprowadzeniu przezeń wywiadu z opozycjonistką Maryją Kolesnikową. Dziennikarz został odwieziony na granicę z Rosją, otrzymał zakaz wjazdu na pięć lat na terytorium Białorusi. 

Poszkodowana została także dziennikarka białoruskiej redakcji „Nasza Niwa” Natalia Łubieńska. Mimo iż była w kamizelce z napisem „PRESS”, jakiś wojskowy kilkakrotnie oddał w jej kierunku strzał. Kula trafiła w kolano.

Prosto z aresztu Okrestino do szpitala trafiła dziennikarka Alena Szczerbinskaja, zatrzymana 10 sierpnia. Była bita i poniżana przez siłowików.

– Bili mnie, popychali, rozebrali do naga, kazali robić nago przysiady… Nie obchodziło ich, że jestem dziennikarką – opowiadała.

Potwierdzono także napaść na reporterów BBC. 

Kłopoty nie ominęły i dziennikarzy „Wyborczej”. Wraz z fotoreporterem Jędrzejem Nowickim oraz dziennikarzem Piotrem Andrusieczką byliśmy zmuszeni do natychmiastowej ewakuacji z hotelu. Stało się to po otrzymaniu wiadomości od lokalnych dziennikarzy i aktywistów, iż wkrótce pojawi się tu OMON, by zatrzymać dziennikarzy. 

To działania celowe

– Jest oczywiste, że służby specjalne celowo polują na dziennikarzy, chcąc pozbawić ich możliwości wykonywania pracy. Władzom zależy na tym, by informacja o tym, co się u nas dzieje, nie trafiała do ludzi ani na Białorusi, ani poza jej granicami – powiedział „Wyborczej” szef Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy Andrej Bastuniec. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.