Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Węgierska dyplomacja długo nie chciała dostrzec, jak bardzo Łukaszence pali się grunt pod nogami. W miniony czwartek, piątego dnia protestów, gdy pojawiły się informacje o kolejnych zakładach dołączających do strajków, w Budapeszcie wciąż sądzili, że to wszystko to tylko stan przejściowy.

Węgierski minister spraw zagranicznych Peter Szijjarto wydał oświadczenie, w którym wezwał "Unię Europejską do dialogu z Białorusią, który nie będzie godził w dwustronne relacje". Tego samego dnia Europa zaczęła domagać się zaostrzenia sankcji i ponownego rozpisania wyborów.

Ale w Budapeszcie diametralna zmiana frontu nadeszła dopiero w poniedziałek. O "dialogu" wtedy już nie było mowy. Minister Szijjarto stwierdził niespodziewanie, że Węgry w całości popierają stanowisko Polski dotyczące Białorusi. Oznacza to, że Węgrzy, przeczuwając klęskę własnej inicjatywy, postanowili zminimalizować własne stanowisko i schować za plecami Polaków.

Co łączy Budapeszt z Mińskiem

Budapeszt od lat pielęgnuje stosunki ze wschodnimi dyktatorami, z których Łukaszenka jest geograficznie najbliżej.

W czerwcu, na dwa miesiące przed sfałszowanymi wyborami, był u niego z wizytą Viktor Orbán. Publicznie wtedy wezwał Unię Europejską do zniesienia sankcji, co propaganda białoruska odtrąbiła jako sukces swojej dyplomacji oraz znak, że kraj liczy się na arenie międzynarodowej.

Łukaszenka nazywał wtedy Orbána "swoim przyjacielem", zaś węgierski premier powiedział, że "obydwa kraje są sobie bliższe, niż by się mogło wydawać". Trafił w punkt.

Podobnie jak Łukaszenka, również Orbán nie lubi u siebie wolnych mediów. Postrzega je wyłącznie jako polityczne zagrożenie, które może odsunąć go od władzy. Dlatego przez ostatnią dekadę likwidował media lub przejmował je krok po kroku.

Z tych samych powodów Orbán nie lubi też opozycji. Dlatego robi wszystko, by utrudnić jej funkcjonowanie: zmienia prawo wyborcze na korzyść swojej partii, nakłada na opozycyjne partie drakońskie kary finansowe, by osłabić ich szanse w kampanii wyborczej. A gdy te jednak podnoszą głowę i wygrywają, wtedy odbiera kompetencje i pieniądze w samorządach, gdzie rządzą.

Orbán nie lubi wszelkich przejawów niezależności, bo i ta okazać się może groźna dla jego władzy. Scentralizował nawet kulturę i edukację - wie, że wciśnięci w takie hierarchiczne struktury Węgrzy nie będą myśleli o rebelii, lecz jedynie o tym, by jakoś przetrwać, zupełnie jak ich przodkowie w dawnych Austro-Węgrzech.

Orbán mocno wspiera dyktatorów

Bo Orbán najbardziej boi się społecznego buntu. To on wyniósł go do władzy. To na jego fali w 2006 r., w trakcie antyrządowych demonstracji brutalnie pacyfikowanych przez socjalistów, Fidesz wyrósł na wielką siłę polityczną.

I to dlatego od 2010 r., gdy po raz pierwszy wygrał wybory, na Węgrzech nie było ani jednego referendum, jakie chciała zwołać opozycja. Wzorem rosyjskim partia Orbána posyłała pod wejście do urzędu wygolonych na łyso osiłków, którzy zagradzali wejście petentom wchodzącym ze swoimi wnioskami.

Przez ostatnią dekadę węgierski premier i jego świta obłowili się, zdobywając wielkie pieniądze za sprawą korupcji, że nie mogą przystać na oddanie władzy. W najlepszym wypadku czekałoby ich wieloletnie więzienie. System, jaki skonstruowali i ułożyli "pod siebie", dopuszcza zmianę rządów właściwie już tylko na drodze rewolucji społecznej.

To dlatego Orbán tak mocno wspiera dyktatorów, domaga się ich uznania i legitymizacji ich rządów przez Unię Europejską.

Który kraj pasowałby do tego lepiej niż Białoruś? Rządzona od 26 lat przez tego samego despotę, gdzie zapewne jeszcze nie zdołały wykiełkować zalążki społeczeństwa obywatelskiego, będącego potencjalnym zalążkiem buntu społecznego?

Węgierska opozycja z nadzieją patrzy na Białoruś

Ale Orbán i jego rząd przeliczyli się tak samo jak Łukaszenka, który chyba po raz pierwszy w życiu musiał stanąć niedawno naprzeciwko tłumu tysięcy robotników krzyczących w jego stronę: "Odejdź!". W tym samym dniu opozycyjny burmistrz Budapesztu Gergely Karacsony, który niespodziewanie wygrał zeszłoroczne wybory, polecił podświetlić mosty w mieście na biało-czerwono-biało - kolory symbolizujące flagę niepodległej Białorusi. To nie tylko wyraz solidarności z protestującymi. W tych dniach również węgierska opozycja z nadzieją patrzy na białoruskie wydarzenia, gdzie stawką jest wolność.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.