Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jeszcze przed tygodniem Białoruś z punktu widzenia Brukseli była znaną wcześniej dyktaturą, którą groźbą sankcji wobec ludzi reżimu trzeba powstrzymywać przed powyborczą przemocą oraz represjami politycznymi. Jednak skala sprzeciwu społecznego wobec „reelekcji” Łukaszenki oraz narastające przekonanie Zachodu, że władza dyktatora się chwieje i staje się źródłem niestabilności u granic Unii, wypchnęły Białoruś mocno w górę na liście unijnych priorytetów.

Sygnał dla protestujących

Dowodem jest zwołanie na środę na godz. 12 szczytu UE, do którego przed tygodniem nie widziano w Brukseli wystarczających przesłanek. Narada przywódców Unii (w formie telekonferencji) ma być politycznym sygnałem dla protestujących i dla Moskwy.

Na szczycie przywódcy europejscy mają powtórzyć, że UE nie uznaje wyników sfałszowanych wyborów prezydenckich, wysłuchać relacji unijnej dyplomacji o pracach nad nową sankcyjną listą Białorusinów, wezwać do ukarania winnych przemocy oraz – to bodaj najważniejsze – zasygnalizować Białorusinom, że „mają prawo decydować o swojej przyszłości i swobodnie wybierać swoich przywódców”.

Wyjście z kryzysu - usłyszymy na szczycie - prowadzi przez „położenie kresu przemocy, deeskalację, dialog" oraz musi odbywać się "bez ingerencji z zewnątrz”. Rosja zapewne nie będzie wymieniona z nazwy w dokumencie końcowym, ale w języku polityki międzynarodowej wiadomo, co tutaj znaczy „z zewnątrz”.

Jak wywrzeć nacisk na Rosję

Unia chodzi po cienkiej linie, bo większość krajów członkowskich nie chce wpisywania konfliktu na Białorusi w geopolityczny spór Moskwa - Zachód, który zresztą - w przeciwieństwie do ukraińskiego Majdanu - nie jest obecnie istotnym aspektem protestów przeciw Łukaszence. Co więcej, na Zachodzie dominuje przekonanie, że – prowadzona na drodze dialogu wewnętrznego i zadowalająca dla protestujących - zmiana władzy na Białorusi powinna i może uszanować geopolityczne interesy Moskwy.

Pozostaje kluczowe pytanie, co jeśli na wariant z transformacją przez dialog (formalnie przy pośrednictwie raczej ze strony OBWE, a nie UE) nie zgodzi się Putin. Unijni dyplomaci zdają sobie sprawę z możliwości otwartej ingerencji Rosji, choć zgadzają się z większością ekspertów, że klasyczna inwazja jest mało prawdopodobna.

Jedynym dotkliwym narzędziem Unii byłoby wówczas odstraszanie Moskwy za pomocą poważnego nasilenia sankcji gospodarczych nałożonych na Rosję w 2014 r. Jednak Bruksela na teraz nie zamierza ani doprecyzowywać tej groźby, ani sondować, czy nie zabrakłoby konsensusu 27 krajów Unii potrzebnego do mocnego zwiększenia restrykcji.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.