Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Oto opowieść Aleny.

Na ulicy

Był późny wieczór. Około  godz. 20, po zakończeniu pracy, udałam się do domu. W pewnym momencie poczułam na sobie czyjś wzrok - zauważyłam idącego za mną mężczyznę. 

Podbiegłam do najbliższego bloku i nacisnęłam na domofonie numer przypadkowego mieszkania. „Bardzo proszę mi pomóc, jestem dziennikarką, ktoś za mną idzie,  bardzo się boję” – powiedziałam. I drzwi się otworzyły. 

Protestujący pokazuje ślady pobicia, po wypuszczeniu z aresztu w Mińsku.Protestujący pokazuje ślady pobicia, po wypuszczeniu z aresztu w Mińsku. Fot. Sergei Grits / AP Photo

W cudzym mieszkaniu

Uratowała mnie bardzo miła kobieta. Zaprosiła do siebie, pozwoliła przeczekać trudny moment. 

Jakąś godzinę później zadzwoniłam do mojego kolegi Witalija, który mieszka niedaleko. Chciałam prosić, by zawiózł mnie do domu. Telefon odebrała jego żona Tatiana i powiedziała, że został aresztowany. Zaproponowała, że mnie podwiezie, ale po drodze musimy złożyć na centralnym posterunku milicji w Mińsku zawiadomienie o jego zniknięciu. 

Na posterunku i w szklance

Przez 20 minut stałyśmy tam, z krewnymi innych zatrzymanych i z rodzicami zaginionych, niepełnoletnich dzieci. Była 22.30. Nagle podjechały do nas trzy więźniarki, wyskoczyli z nich ludzie ubrani na czarno - OMON-owcy - i ze słowami „pakujemy” wrzucili wszystkich - jakieś 20 osób - do samochodów. 

Potem przesadzono nas do tzw. szklanki - więźniarki podzielonej na wąskie miejsca, przeznaczone dla jednej osoby. Tatiana siedziała na moich kolanach. Było strasznie duszno.

Ślady tortur na ciele protestującego w Mińsku.Ślady tortur na ciele protestującego w Mińsku. Fot. Dmitri Lovetsky / AP Photo

W izolatorze

Zawieźli nas do izolatora [tymczasowy areszt] Okrestina. Dozorczynią była blondynka w czarnej masce, w mundurze MSW.

Zaczęły się rewizje. Rozebrali nas do naga, poniżali, obrażali, zmuszali do przysiadów. Dozorczyni wyrwała mi wkładki z butów; dziewczynom, które miały okres, wyrwała podpaski. 

Nagle usłyszeliśmy krzyk: „Nie byłam na proteście, zostałam zatrzymana bez powodu”. Odpowiedź brzmiała: „Tak, tak, wszyscy tacy jesteście, nikogo z was tam nie było”.

Po rewizji nie zdążyłam się ubrać, w staniku i niezapiętych spodniach wypchnięto mnie na korytarz. Tam, wzdłuż poplamionych krwią ścian, stali nadzy mężczyźni, z rękami założonymi na plecach. Cały czas słychać było krzyki bitych i poniżanych ludzi. 

Moje rzeczy osobiste - torebka z dokumentami, duża suma pieniędzy, drogi telefon i złoty łańcuszek - gdzieś zniknęły. 

Zabrano nas do małej celi. Była tam inna okrutna strażniczka. Wykrzykując przekleństwa, upokarzała nas. Zmuszała do schylania się do ziemi, stawiała przy ścianie, rozkazując, by szeroko rozstawić nogi. Jeśli nie były rozstawione tak, jak chciała, biła nas po wewnętrznej stronie podudzia, mówiąc: „Suko, rozłóż szerzej”. Wielokrotnie uderzała mnie w brzuch. 

Mówiłam, że jestem dziennikarką, ale widząc całe to bezprawie, zdałam sobie sprawę, że nie ma to dla nich żadnego znaczenia. Starałam się jak najmniej kontaktować ze strażnikami. 

W pierwszą noc [z 10 na 11 sierpnia] dołączyło do nas jeszcze kilka dziewczyn. W rezultacie w malutkiej celi więziennej było ok. 30 osób. Spaliśmy na podłodze, pod ławką, pod łóżkami (narami), po 3-4 osoby na jednym miejscu. Kto nie miał gdzie się położyć, po prostu stał, bo nie dało się usiąść. 

Nie można było oddychać, więc poprosiłyśmy o otwarcie drzwi. Usłyszałyśmy: „Nie martwcie się, nie zdechniecie!”.  

W kolejnych dniach [11 i 12 sierpnia] przywieziono do nas jeszcze kilka pobitych i rannych dziewcząt. Jedna z nich miała „żółty znak” na plecach. Jak zrozumiałyśmy, stawiano je osobom o niekonwencjonalnym wyglądzie, a ta dziewczyna miała dredy. Miała też opuchnięte, sinoniebieskie oko i ogromny guz na głowie. Powiedziała nam, że wracała z pracy, a droga do jej domu była zablokowana; poprosiła OMON-owców o pomoc. Ci obiecali, że wskażą jej drogę; tymczasem poprowadzili ją podwórkami i wrzucili do więźniarki, zaczęli kopać i bić pałkami. 

Była też kobieta z Ukrainy, która przyjechała do Mińska do swojego chłopaka. Ich samochód został ostrzelany gumowymi kulami. Szklany odłamek wbił jej się w nogi. 

Były też z nami lekarki z pogotowia ratunkowego - po prostu wyszły pomagać poszkodowanym demonstrantom, po godzinach pracy. OMON-owcy zatrzymali je, mówiąc: „Komu pomagacie, suki?!”.

Wszyscy mężczyźni, których spotkałyśmy na korytarzach, byli pobici. Za sprawą ich strasznych nocnych krzyków nie można było zasnąć. Byłyśmy przerażone. Razem z Tatianą modliłyśmy się. 

Pierwszego dnia dostaliśmy tylko śmierdzącą chlorowaną wodę z kranu, drugiego i trzeciego - kaszę i bułkę. 

Protestujący pokazuje ślady pobicia, po wypuszczeniu z aresztu w Mińsku.Protestujący pokazuje ślady pobicia, po wypuszczeniu z aresztu w Mińsku. Fot. Sergei Grits / AP Photo

Przed sądem

W czwartek 13 sierpnia o godz. 11 rano stanęłam przed sądem.

Sędziowie zostali dowiezieni do izolatora. Przeczytali zeznania: rzekomo wykrzykiwałam hasła przeciwko władzy, nie podporządkowałam się wymogom milicji i tym samym naruszyłam porządek publiczny. Twierdzono, że zatrzymali mnie pod Rygą [centrum handlowe]. Świadkami byli milicjanci z posterunku Partizanskij. 

Cztery godziny później odbył się drugi proces. Odczytano mi zupełnie nowy protokół, z którego wynikało, że byłam zatrzymana nie pod Rygą, tylko na posterunku Centralnym. W roli świadka występował jeden z milicjantów z tego samego oddziału, który wcześnie zeznawał, że widział mnie w innym miejscu. 

Zaczęłam stawiać pytania: Gdzie jest pierwszy protokół? Gdzie są nagrania?

Sędzia odparła, że dowodów wystarcza; sprawa będzie dalej badana, dostałam upomnienie. 

Zanim wyszłam na wolność, jeszcze przez cztery godziny stałam na podwórku izolatora, czekając na zwrot moich rzeczy. Bezskutecznie. 

Na podwórko wciąż wyprowadzano dziesiątki mężczyzn. Prawie wszyscy nosili ślady pobicia. Mieli na sobie tylko T-shirty z krótkim rękawkiem, wielu bez butów. Niektórzy mieli rozdarte spodnie - wielu było zapewne gwałconych pałkami. 

Mój mąż [Alena ma także troje dzieci] i mama nie zdawali sobie sprawy, gdzie jestem. Dowiedzieli się dopiero dwa dni po aresztowaniu - Tatiana wyszła dzień wcześniej i wszystko im opowiedziała. Ponieważ nie mieli pojęcia, kiedy odzyskam wolność, przed izolatorem witała mnie nie rodzina, tylko wolontariusze i dziennikarze, którzy dyżurowali tam dzień i noc.

W szpitalu

Po powrocie do domu nazajutrz rano Alena straciła przytomność, mąż zawiózł ją do lekarza. 

Obecnie przebywa w mińskim szpitalu z diagnozą rozległego uszkodzenia dolnej części brzucha i pęcherza. Dokuczają jej też krwawienia i ból dolnego odcinka kręgosłupa. Wciąż bardzo boli ją brzuch i plecy.

Jej męża odwiedzili funkcjonariusze MSW, zadając dziwne pytania, np. dlaczego podróżowała do różnych białoruskich miast. 

W szpitalu Alena ma duże wsparcie rodziny, kolegów, a także zupełnie obcych osób. Wolontariusze nieustannie przynoszą jej jedzenie, słodycze, soki, a dla innych poszkodowanych, którzy po wyjściu z aresztu mają wybite zęby i połamane szczęki - kaszki dla niemowląt.

Jednak Alena wciąż bardzo się boi...

Kobieta trzyma zdjęcie pobitego przez milicję protestującego, Mińsk, 15 sierpnia 2020.Kobieta trzyma zdjęcie pobitego przez milicję protestującego, Mińsk, 15 sierpnia 2020. Fot. Dmitri Lovetsky / AP Photo

Zaginieni i aresztowani

Jak podaje portal internetowy TUT.by, od wybuchu protestów po sfałszowaniu wyborów prezydenckich zaginęło 76 osób. Według przedstawicieli służb specjalnych w całym kraju w aresztach przetrzymywane są nadal 122 osoby (dane z 17 sierpnia). 

"Wyborcza" w Telegramie

Białoruscy przyjaciele! Jesteśmy z Wami solidarni! Założyliśmy kanał w Telegramie, na którym publikujemy artykuły o najnowszych wydarzeniach w Białorusi i o wszystkich związanych z Białorusią wydarzeniach w Polsce.

Dołączajcie: https://t.me/s/wyborcza_pl

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.