Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W całym Mińsku od rana było słychać dźwięk klaksonów. To kierowcy solidaryzowali się z protestującymi robotnikami. Strajk generalny w proteście przeciwko sfałszowaniu przez władze wyborów prezydenckich ogarnął praktycznie cały kraj. Widzowie białoruskiej telewizji państwowej na ekranach zobaczyli rano puste studio. Do protestu przyłączyli się również pracownicy rządowej propagandy.

Helikopterem do fabryki

Pracownicy Mińskiej Fabryki Ciągników Kołowych (MZKT) – zatrudniających prawie 5 tys. osób zakładów produkujących zarówno cywilne ciężarówki, jak i ruchome wyrzutnie pocisków międzykontynentalnych – od rana gromadzili się przed siedzibą firmy. Atmosfera była napięta. „Wierzymy, możemy, zwyciężymy!”, „Wolność!” – skandowali. Podobne sceny można było zobaczyć przed fabryką traktorów MTZ, fabryką ciężarówek Białaz czy rafinerią Naftan.

Przed południem do MZKT wjechał sznur ciężarówek wiozących funkcjonariuszy OMON-u – wsławionych jednostek milicji, które kilka dni temu bezlitośnie pałowały demonstrantów na ulicach Mińska i innych białoruskich miast. Później na niebie pojawił się rządowy helikopter. To Łukaszenka przybył uspokoić wściekłych robotników. „Oddaj władzę, odejdź!” – zaczął skandować na jego widok wściekły tłum.

Bezradny Łukaszenka, stojąc przed mikrofonem, próbował łagodzić emocje. – Rozumiem, że przemoc na ulicach wpłynęła na nastroje. Musieliście mieć powód, by teraz krzyczeć, że mam odejść – mówił, nawiązując do pałowania i torturowania w aresztach uczestników zeszłotygodniowych antyprezydenckich demonstracji. Ludzie nie przestawali jednak skandować. Łukaszenka zaczął zaś tracić nerwy. – Zrobicie burdel w zakładzie i odczujecie skutki już za tydzień. Wiem, jak to się robiło w latach 90. Do czegoś takiego w naszym kraju nie dojdzie – mówił, zapowiadając, że na powtórzenie wyborów prezydenckich się nie zgodzi. – Dopóki mnie nie zabijecie, nie będzie innych wyborów! – groził.

Jedyną propozycją Łukaszenki dla protestujących było według agencji Reutera ogłoszenie referendum konstytucyjnego zamiast kolejnych wyborów. Pomysł został od razu odrzucony jako próba gry na czas, by protesty straciły na sile.

Cichanouska: Jestem gotowa

– Dzisiaj trzeba myśleć nie telefonem, ale mózgiem! Myślcie! Doszliście do granicy i jeśli ją przekroczycie, to Bóg z wami! Jeśli wyjdziecie na ulice – wytrzymamy. Jeśli zaczniecie bić – odpowiemy. Taka to męska rozmowa – to z kolei groźby, które od Łukaszenki usłyszeli pracownicy mińskiej fabryki samochodów MAZ. Tam też powitano go gniewnymi okrzykami. Strajkujący opisują, że szefostwo zakładów jest wobec protestu tak samo bezradne jak prezydent.

Wczoraj w sprawie Białorusi kolejny raz głos zabrał Josep Borrell, szef unijnej dyplomacji. – Liczba uczestników protestów jasno pokazuje, że Białorusini chcą zmian i chcą ich teraz. UE ich wspiera – napisał, zapowiadając nowe sankcje na członków reżimu odpowiedzialnych za represje i fałszowanie wyborów. Brytyjski minister spraw zagranicznych Dominic Raab oświadczył, że nie uznaje wyników wyborów prezydenckich. Wcześniej w podobny sposób wypowiadał się szef MSZ Litwy Linas Linkevicius.

Swiatłana Cichanouska, rywalka Łukaszenki, która została zmuszona przez białoruską bezpiekę do wyjazdu na Litwę, oświadczyła wczoraj, że jest gotowa, by zostać „przywódczynią narodu”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.