Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Różnie z tymi kwiatami bywało: całą Białoruś obiegło zdjęcie z kanału NEXTA na Telegramie, na którym milicjanci aresztują uśmiechniętego człowieka, próbującego wręczyć im kwiaty. Czasem jednak przyjmowali.

"Dajecie OMON-owi kwiaty? Już wszystko zapomnieliście?" – transparent z takim hasłem trzymał chłopak przy stacji metra Puszkinskaja podczas mityngu zorganizowanego w czasie pogrzebu zabitego podczas jednej z demonstracji Aleksandra Tarajkowskiego.

Faktycznie: zapomnieć trudno. Nagrania spod mińskiego więzienia, gdzie zgromadzeni ludzie słyszeli krzyki katowanych opozycjonistów, zrobiły wrażenie na wszystkich.

"My niczego nie chcemy od Zachodu, tylko żyć normalnie"

- Moja matka zawsze mówiła: „żeby wojny nie było i spokój był”. Ja jej pokazuję na Telegramie co się dzieje, a ona do mnie: synku, to przecież wojna jest! - mówi Walera, który ma małą firmę handlową, a raczej miał, bo, jak mówi, „Łukaszenka zadusił podatkami”. Teraz chce wrócić na wieś i uprawiać pole, ale "nawet traktora w Białorusi nie może kupić bez rejestracji firmy i płacenia podatków".

- Niech on odejdzie – mówi Walera. – My nie chcemy żadnej Unii Europejskiej, niczego w zasadzie nie chcemy od Zachodu. Chcemy w pokoju żyć ze wszystkimi wokół, z Rosją, z Polską, z Niemcami, i normalnie pracować, żyć i decydować o sobie - mówi szybko, na jednym tchu.

Brutalność służb zrobiła wrażenie na wszystkich. Niektórzy mundurowi nawet (choć raczej nie ci ze służby czynnej) publicznie palili swoje mundury albo wyrzucali je do śmietnika. To wcale nie są puste gesty – jeśli reżim Łukaszenki się utrzyma, za coś takiego można mieć poważne problemy, już nawet nie tylko tak oczywiste, jak kłopoty ze znalezieniem pracy.

- Nie zapomnimy, nie wybaczymy – mówi mi Ilja, który przyjechał specjalnie na protesty z małej miejscowości pod Mińskiem. – My spokojny naród, ale jakby co, to ich w końcu na widłach wyniesiemy.

- No ale jak – odpowiadała Karina, studentka z Grodna –  zabijać ich wszystkich? Oszalałeś?

- Nie wiem – odpowiadał Ilja. – Wiem, że zapomnieć nie można.

- Zapomnieć – nie, wybaczyć – tak!

- Nigdy.

Łukaszenka próbuje wszystkiego

Łukaszenka tymczasem wcale nie skłania się do oddania władzy. Przed weekendem celowo wręcz prowokował demonstrantów, z jednej strony wypuszczając oficjalne, wydane przez Centralną Komisję Wyborczą, potwierdzenie wyników wyborów, z drugiej – strasząc interwencją Rosji, którą miał obiecać mu Putin w rozmowie telefonicznej.

Na ulicach strachu przed Rosją jednak nie czuć. Panuje raczej święto wolności i atmosfera pikniku. Bardzo po białorusku i porządnie organizowanego: kolumny demonstrantów przepuszczały auta na czerwonym, a ludzie, wchodząc na ławki, zdejmowali buty.

Łukaszenka w obliczu masowych demonstracji, których nie udało mu się zastraszyć terrorem w ciągu kilku strasznych pierwszych dni, zdecydował się na innego rodzaju demonstrację siły: w niedzielę kazał z regionów zwieźć pod parlament pracowników budżetówki, którzy z oficjalnymi, zielono-czerwonymi flagami wykrzykiwali proreżimowe hasła. Zwieziono traktory, żeby podkreślić „ludowość” popierających Łukaszenkę, w kontraście do „zepsucia i narkomaństwa” opozycjonistów.

Mimo wszystko wyglądało to wszystko żałośniej niż przed laty antymajdan w Kijowie sponsorowany przez fałszującego wynik wyborów Wiktora Janukowycza.

Trzeba było nie widzieć wcześniejszych demonstracji i absolutnie nie zdawać sobie sprawy z ich skali, żeby uznać ten manewr za sukces prezydenta. Może to pokazywać nie tylko skalę odklejenia Łukaszenki od rzeczywistości, ale i słabość jego otoczenia, które nie chciało, nie umiało, bądź nie widziało powodu, by mu to wszystko odradzić.

Łukaszenka wsiada do helikoptera jak Ceaucescu  

Gdy Łukaszence – podobnie jak w 1989 r. dyktatorowi Rumunii Nicolae Ceausescu  – nie udało się "odwołać do narodu", próbował - też, jak wtedy Ceausescu - wsiąść w helikopter, wylecieć ze stolicy i zobaczyć, co się da z tym wszystkim zrobić. W Rumunii wojsko i kolejne struktury przechodziły na stronę rewolucjonistów - na Białorusi na razie wiele fabryk i innych instytucji powoli przystraja się w nowe narodowe barwy.

W fabryce ciągników, do której przyleciał helikopterem, wygwizdano go.

Międzynarodowe ciśnienie jest coraz większe. Szef MSW Litwy Linas Linkevicius (to Litwa, a nie kompromitująca się w regionie pisowska Polska, wyrasta na głównego unijnego gracza w białoruskiej sprawie) nazwał Łukaszenkę „byłym prezydentem”.

Przebywająca na Litwie Swiatłana Cichanouska, która według opozycji wygrała wybory sprzed tygodnia, ogłosiła gotowość przejęcia władzy w kraju.

Tymczasem wojska rosyjskie, już dawniej zgromadzone przy białoruskiej granicy, aktywizują się. Media społecznościowe donoszą o kolejnych „nieoznakowanych ciężarówkach” jadących w kierunku białoruskiej granicy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.